Oprócz Kumkodesza, do dworu nieszczęśliwego starca, należał z dobrej woli Hebda.
Przed bardzo wielą laty, gdy ten jeszcze był ziemianinem możnym spotykali się oni z sobą i znali. Później Hebda nie poznawał nikogo, lub nie chciał przypomnieć, ale Mszczuja nie mówiąc o przeszłości powitał serdecznie.
Waligóra litował się nad pokutnikiem i dawał mu jałmużnę.
Gdy szli do kościoła, Kumkodesz z jednej, Hebda w małem oddaleniu towarzyszył mu z drugiej strony, zabawiając go niedorzeczną paplaniną. Przeczuciem zgadywał stan jego ducha, prawił mu rzeczy które czasem pół uśmiechu na usta jego wywoływały.
Trwało to tak do wiosny. — Hebda po długiej swawoli, wpadł w ten stan pokutniczy, który po niéj zwykł był następować, leżał krzyżem na ziemi przed kościołami dnie i nocy, nie pił i nie jadł, aż doszedł do znękania takiego, iż go prawie już bez duszy zaniesiono do św. Ducha.
Mszczuj przychodził tam do niego i pilnował chorego razem z zakonnikami.
Na pozór nie zmieniło się nic w tym stanie obezwładnienia w jakim Waligóra zostawał od pamiętnej nocy; biskup dawał mu wypoczywać na duchu patrzał z dala, czuwał, na ostatek dnia jednego przywołał brata do siebie.
— Mszczuju — rzekł — jużeś się powinien był pokrzepić, a rany twoje jeźli się nie zabliźniły to przyschły, ja ciebie potrzebuję; Leszek chce cię mieć przy sobie, musisz iść na dwór, i trwać tam...
— A niemcy? — mruknął stary.
— Mało tam ich jest, ty z niemi obcować nie potrzebujesz — odparł biskup. — Z dobrym panem będzie ci tam wygodnie i spokojnie. Znasz Leszka... Nie odstępuj go, staraj się go trochę zahartować, pilnuj aby Marek ze swemi nie czynił mi go zbyt miękkim...