Zdala już na widok świetnego dworu księcia Konrada, który cały niemal z niemiecka był strojny i niemców liczył niemało, Mszczujowi oczy krwią zaszły. Obok Konrada jechał jeszcze na tem większe utrapienie jego, krzyżak Konrad von Landsberg z kilku ludźmi swojego orszaku. Książę chciał się pochwalić przed bratem pomocnikami temi którym oddał ziemię Chełmińską.
W chwili gdy się spotykali, Mszczuj oczy wlepiwszy w jednego za Krzyżakiem młodzieńca, stanął osłupiały — twarz jego oblała się krwią i zbladła trupio... zaczął drżeć jak w zimnicy i zapomniał się tak, iż go przestrzedz musiano aby na bok ustąpił.
Bracia powitali się uprzejmie bardzo, była jednak wielka różnica w obejściu się obu.
Leszek rzucił się po młodzieńczemu bratu na szyję, objął go, był wzruszony, Konrad uśmiechał się i okazując przyjaźń, pozostał chłodnym. Błysk zazdrości i wprędce uśmierzonego poruszenia, przebiegł mu po twarzy. Obok siebie jechali na zamek, gdzie na nich księżna oczekiwała niespokojna.
Dwór Konrada liczny, okazały, nie ustępował Leszkowemu, krzyżak dodawał mu blasku. Obcy ludzie widzieli w przybyłym chłód i źle pokrywaną niechęć, która się w szyderskich spojrzeniach malowała, Leszek cały był w szczęściu swojem. Przyjęcie dla Konrada zarządzono świetne, począwszy od uczty wspaniałej tegoż wieczora. Mszczuj który za orszakiem książąt jechać był zmuszony, dał się wieźć koniowi, zsiadł z niego i natychmiast od przedsieni wszedł do swej izby, a tu cisnąc głowę rękami, pół oszalały, jęcząc padł na posłanie.
Nie poszedł już do księcia.
Biskup Iwo, który na zamku był, gdy przyjechali, nie widząc brata, niespokojny posłał na zwiady. Powiedzieli mu dworscy, że chory wrócił i ledz musiał. Chociaż domyślał się biskup przyczyny tej choroby, wyszedł jednak, aby brata skłonić do znajdowania się przy uczcie.
Z przerażeniem porwał się z łoża, gdy drzwi skrzypnęły Mszczuj, Iwo twarz jego zmienioną widząc, zaczął od przeżegnania.
Jeżyły mu się włosy, oczy pałały.
— Miarkuj się i panuj nad sobą! — odezwał się biskup.