Rozdziewać się więc począł powoli, z roztargnieniem szepcząc modlitwę obowiązkową.

Nasłuchiwał coraz, czy bratanek nie powraca, nie było go.

Knechtów dwóch spać miało u progu, zawołał na jednego z nich krzyżak.

— Gdzie Geron?

Nie było go w pobliżu, poszedł więc szukać pachołek i wrócił z tem, że znaleźć nie mógł...

Dobry czas upłynął znowu, Konrad niespokojnym być zaczynał, rozkazał zapalić pochodnie i wyszedł w podwórze z knechtami.

Tu panowała cisza wielka... ludzie spali, na wschodzie poczynał brzask dnia świtać... Gerona nie widać było nigdzie... Stanął nagle krzyżak na suchej ziemi nogą padłszy w mokrą kałużkę. Była to krew... ale ciała z którego upłynęła nie znalazł.

Tuż na wale wznosił się ostrokół zamkowy... Jakby dróżynę krwi idącą widać było ku niemu, knechty z pochodniami podbiegli i jeden z nich krzyknął...

Za ostrokołem na wale leżał Gero okrwawiony, bez duszy... Stryj rzucił się ku niemu z okrzykiem rozpaczliwym. Pachołkowie natychmiast przebrali się przez częstokół i zbliżyli do leżącego — który dyszał jeszcze. Nadzieja ocalenia życia straconą niebyła.

Mszczuj w swej izbie na posłanie padłszy, przy którym miecz okrwawiony postawił, leżał ujęty snem głębokim.