W izbie nie było nikogo. — Na ławie pod okienkiem siedziały dwie Halki rączki sobie zarzuciwszy na ramiona, główki sparłszy skroń ze skronią; z oczyma wlepionemi w starą, która na ziemi u ich nóg, osłonięta płachtą, obwieszona sznurami paciorek i przystrojona w kwiatki jesienne, przypadła.
Obejrzała się Dzierla i palec położyła na ustach...
— Takich chłopaków jak oni! — szepnęła, — ani ja pókim żywa, ani wy nie widziałyście i może nie zobaczycie! Niech sobie wasz stary plecie o rogach na głowie i pazurach u rąk... i kłach jak u wilków... oni tak piękni jak dziewczątka, krew z mlekiem, a wesołe jak ptaszki, choć z nich krew się lała... a śmiałe i mężne!!
Dziewczętom się wydało że Dzierla z nich sobie żartuje...
— Nie plećże — odezwała się starsza która najczęściej za nich dwie mówiła — nie żartuj z nas sobie. Wiemy że są straszni, srodzy i że mięsem ludzkiem żyją...
Dzierla uderzyła w dłonie.
— Oh! oh! — poczęła — cóż ja pocznę nieszczęśliwa gdy mi wierzyć nie chcecie — chyba zmilczę...
— Mów, mów, ale prawdę! — dodała młodsza...
Dzierla z podłogi chwyciła garść piasku.
— Przysiądz mogę że prawdę mówię — dodała, — piękni ludzie! Są i u nas parobczaki nie brzydoty — ale gdzie naszym do nich!... jak wróblowi do szczygła...