— Rzecz to waszego sumienia i reguły której ja tak dalece nie znam, — odparł Biskup — jak skoro nie grzeszna pożądliwość a potrzeba powołania zmusza do tego...
Uczynił znak ręką i nie mówił więcéj. — Nieco opodal przysiadł na pieńku Konrad i ocierając czoło — ciągnął dalej:
— Ogromneż to pustynie! Wszakby one dziesięć kroć by więcej ludu wykarmić mogły niż go mają! Lasy i lasy którym nie ma końca. Ledwie jedne się skończyły, juści drugie poczynają. Dla wojujących to niedogodna rzecz te puszcze i bagna. — Nieprzyjaciel w nich jak w twierdzy się kryje... a rycerstwo łatwo przepada...
Lada zasiek w lesie... Wojna ta ciężką być może, choćby i z dziczą, a pierwszą pono rzeczą by się tu utrzymać — trzebić i ciąć.
— Tak — rzekł powoli Biskup Iwo — trzebiemy my też i wycinamy powoli, aliści las ten nie darmo nam dała Opatrzność, to nasza śpiżarnia i skarbiec. Tu niehodowanego mamy zwierza podostatkiem, tu nam niezliczone pszczoły miód na pokarm a wosk dla kościoła zbierają... z tego lasu chata i wóz i socha i wszystko...
— Dla dzikiego jak ten ludu pewnie — odezwał się Konrad, — las jest skarbnicą, ale nie wyjdzie ze swej dzikości dopóki te lasy nie padną...
Biskup westchnął i wskazując ręką w dal, dodał.
— Wieki temu nie podołają... Tymczasem na te ręce co mamy, pola dosyć!
I pobłogosławił jakby cały ten kraj pustynny przed sobą.
Wszyscy z natężoną uwagą słuchali mówiącego Biskupa, — towarzysz Konrada i dwaj młodzieńcy stojąc we drzwiach namiotu, kilku knechtów zbliżających się do nich ukradkiem. — Iwo mówił powoli z tym spokojem jaki daje wiek, doświadczenie i wielka wiara w Bożą Opatrzność.