— Coś ja tu u was długo nie będę stać gospodą — rzekł Jaszko. — Nie ma mi tu pono co robić.
Sulenta głową to potwierdził.
— Trzymacie z Leszkiem, — dodał, — bodaj wam to na dobre wyszło...
— Nie biadajcie nad nami, — mruknął kupiec milczący — my ludzie spokojni, cudzego nie pragniemy, swego nie damy... Na tem koniec.
Krakowowi z Wrocławiem, a Wrocławiowi z Krakowem trzymać potrzeba...
— Aby sukno szło! — uśmiechnął się Jaksa.
— Sukno lepsze niż krew chrześciańska — dodał Sulenta.
Popatrzyli na się... Kupiec trochę gorzkie słowo chcąc zapłacić, kazał misy przynieść i do stołu zaprosił. Począł dolewać gościowi by mu dobrą myśl przywrócić — lecz Jaszko siedział ponury patrząc w stół — i niekiedy tylko wyrwało mu się niepoczesne z ust przekleństwo.
Tak pierwsza próba mu się nie powiodła. — Wprawdzie nie wiele na Ślązaków rachował — inaczej mu jednak dwór ten się wydawał, niż go znalazł. Młodzi nie dorośli do własnej woli, stary się jej wyrzekł... Nie było więc co robić...
Gorzej niż to zabolało mściwego Jaksę, iż z tego co słyszał wnosić musiał, że Henryk Brodaty z Leszkiem iść gotów, podpierać go i trzymać.