— Z Krakowa jestem, od pana Leszka, posyłanym był za dworską sprawą.
W tem jeden z otaczających jął mu się przyglądać.
— Nie prawda! — zawołał — ja cię znam, tyś Jaksa! Jaszko Jaksa.
— Ani się zapieram tego — odezwał się śmielej Jaszko — ale chyba tego nie wiecie, że znowu u pana w służbie jestem. Przecie wiadomo kto ojciec mój.
Ten co mu zadał, że Jaksą był, głową począł kręcić. Naradzano się cicho. Siwy człek, który miał tam zwierzchność w obozie, nie mówiąc co myślał i zamierzał, rzekł sucho:
— Zsiądźcie no z konia. Przenocujecie w obozie, jutro księciu damy znać, bo go tu nie ma. Od Uścia jedziecie, oczywiście albo po język lub z językiem, a my na Uście idziemy, aby lisa z jamy wykurzyć!...
— Wziąć go aby nie uszedł — dodał ten — co poznał że był Jaksa.
— Uchodzić nie mam czego i nie myślę — zawołał Jaksa. — I tak miałem tu nocować.
— Toś się dobrze wybrał! — rozśmiał się inny. Straż będziesz miał bezpłatną i koni ci nie pokradną.
Rad nie rad Jaszko z konia złazić musiał, ludzie go otoczyli, drudzy czeladź milczącą badać zaczęli czy nie z Uścia jechali, ci słysząc i miarkując o co szło, zapierali się; ale nie umieli powiedzieć zkąd na tę drogę się wybrali.