— A wszyscy chrześcianie braćmi są — rzekł Biskup — o tem zapomniałeś.

— Nie, ino chcę aby brat każdy u siebie siedział a do zagrody mi się nie wpierał — rzekł Mszczuj. — Im się chce naszej ziemi! Nie mogli jej zawojować orężem, chcą ją posiąść bez krwi rozlewu... przebierając się za czeladź i służąc nam... Ano bieda temu żupanowi co na gród puszcza przekupniów nie znając ich... Nocą mu wrota nieprzyjacielowi otworzą... Ja ich ani panami, ani sługami nie chcę mieć, a braćmi za drzwiami...

Widząc że Biskup milczy głowę spuściwszy, ciągnął dalej.

— Nie mogli nas pożyć inaczej, mądry naród na sztukę się wziął.

Królom i książętom poczęli żony stręczyć, bodaj z klasztorów.

Biskup syknął.

— Tak ci było — dodał Mszczuj — Bolesław mniszkę zaślubił, nie wyklęli go.

— Złem to było — rzekł Biskup.

— Nikt nie pisnął — mówił Waligóra... — Za taką panią musiały służki iść i czeladź i kapelan i rzemieślnicy, i zbrojni... Na dworze wszyscy dla miłości jej poczęli bełkotać i szwargotać. Urodził się książe, pierwsze słowo co rzekł do matki a ona do niego, — nie nasze było... Dla syna musiał uczyć się ojciec, a potem mu smakowało to jak co przedniego i ze swemi dworzany wolał paplać tą mową, którą szatan wymyślił.

— Bracie! — zawołał Biskup.