Wojewody ze wsi dopiero się nazajutrz spodziewano. Jaszko tymczasem spoczywał.
Leżącego w półśnie zbudził powracający ojciec który dowiedziawszy się o synu, jak stał z drogi, niezrzucając kożucha, wpadł do niego — gwałtownie się domagając dla czego i zkąd wracał tak rychło.
— Naprzód to powiedzieć muszę, co za wszystko inne stanie — rzekł Jaksa.
Tu do ucha zbliżył się ojcu.
— Światopełk mnie nazad do was odprawił.
Stary nagle się uspokoił, a że u drzwi stał dwór jego, urwał rozmowę i obejrzawszy się, rzekł tylko.
— Przyjdziesz za czas mały do mnie, ludzi odprawię. Zawołać cię każę, gdy będę chciał rozmówić się.
W dobrą trafiał godzinę powracający.
Marek wojewoda właśnie był na ten dzień, albo raczej na tę noc sam jeżdżąc po powinowatych swoich zwołał ich na radę do Krakowa. Popis jakiś wojskowy służył za pokrywkę.
W istocie możny ród czujący siłę w sobie, coraz się więcej trwożył przewagą Odrowążów, którzy mieli na czele świątobliwego biskupa Iwona. Ten stał tak przy Leszku, iż im do niego przystępu bronił.