Księżna lubiła go także... Cóż gdy na dworze prawdziwych i poprzebieranych za Niemców ludzi tylu było, iż Mszczuj tam wytrwać nie mógł.
Musiano żal jaki do nich miał poszanować a nawet lękać się go drażnić, gdyż Kumkodesz miał już dowód że wprowadzony do niecierpliwości Waligóra nie miał pomiarkowania.
W czasie jednej przejażdżki z klerykiem, spotkali przypadkiem trochę napiłego do dworu należącego płatnerza, którego zoczywszy Kumkodesz, kazał mu precz z drogi ustąpić, aby się na oczy Mszczujowi nie nawinął. Niemiec ufny w swą siłę i opiekę pańską, nie dając się spędzić z gościńca, stanął i począł krzyczeć, odgrażać się z butą wielką, to na kleryka to przeciw Mszczuja się ciskając. Nim Kumkodesz miał czas swojego towarzysza skłonić do powolności i zjechania w bok od pijanicy, Mszczuj podjechał do siedzącego na koniu płatnerza, i choć ten mieczyka dobył, ująwszy go za kołnierz od kaftana, z konia podniósł i cisnął nim tak na ziemię, że Niemiec ledwie z potłuczonemi kośćmi, miesiąc odleżawszy, żywym pozostał. Rozgłosiło się to, a że Mszczuja i na łowach z księciem widywano nieraz siłę olbrzymią, strzegli się go ludzie zaczepiać, i Niemcy go omijali.
Oprócz Kumkodesza, do dworu nieszczęśliwego starca, należał z dobrej woli Hebda.
Przed bardzo wielą laty, gdy ten jeszcze był ziemianinem możnym spotykali się oni z sobą i znali. Później Hebda nie poznawał nikogo, lub nie chciał przypomnieć, ale Mszczuja nie mówiąc o przeszłości powitał serdecznie.
Waligóra litował się nad pokutnikiem i dawał mu jałmużnę.
Gdy szli do kościoła, Kumkodesz z jednej, Hebda w małem oddaleniu towarzyszył mu z drugiej strony, zabawiając go niedorzeczną paplaniną. Przeczuciem zgadywał stan jego ducha, prawił mu rzeczy które czasem pół uśmiechu na usta jego wywoływały.
Trwało to tak do wiosny. — Hebda po długiej swawoli, wpadł w ten stan pokutniczy, który po niéj zwykł był następować, leżał krzyżem na ziemi przed kościołami dnie i nocy, nie pił i nie jadł, aż doszedł do znękania takiego, iż go prawie już bez duszy zaniesiono do św. Ducha.
Mszczuj przychodził tam do niego i pilnował chorego razem z zakonnikami.
Na pozór nie zmieniło się nic w tym stanie obezwładnienia w jakim Waligóra zostawał od pamiętnej nocy; biskup dawał mu wypoczywać na duchu patrzał z dala, czuwał, na ostatek dnia jednego przywołał brata do siebie.