— Miłościwy Panie, nie winię ja go — dokończył — ale ludzi tak sierdzistych przy boku trzymać, niebezpieczna rzecz!!
VI
Jesień była, nadchodził ten dzień, w którym wielkie pokładano nadzieje... Sposobiło się wszystko ciągnąć na kresy ku Pomorzowi, do Gąsawy, gdzie zjazd był naznaczony.
Światopełk i inni z nim zrozumieli wybór miejsca tego jako groźbę. Leszek ciągnął z częścią wojska swojego, a inna miała, jak mówiono pogotowiu być, i jeśliby pomorskie książe nie upokorzył się z dobrej woli, łatwo mu było i Nakło odebrać i ścigać go dalej.
Nic jednak nie wróżyło, ażeby wielki zbór książąt i duchownych miał się rozejść bezskutecznie...
Leszek miał za sobą i z sobą nie samą własną powagę, nie tylko duchowieństwo całe, ale Henryka Szlązkiego, Konrada i Laskonogiego.
W Krakowie wybierano się wesoło, choć wielce strwożona księżna płakała, zaklinała i prosiła, aby mąż nie jechał.
Nękany postrachami temi Leszek musiał wezwać biskupa Iwona, ażeby słabej niewieście wlał męztwo. Grzmisława uległa naukom duchownego, zamilkła, nie mówiła więcej nic, lecz łzy jej z oczów płynęły, a nieme usta milczeniem jeszcze błagały — zostań.
Naprzemiany Leszek był jednych dni gotów jej usłuchać, to, wstydząc się małoduszności przyspieszał wyjazd ze swej stolicy.
Przodem już powyciągały tabory biskupa i książęcy, aby w małej wiosczynie przysposobić dla mnogich panów przyjęcie. Stawiano szopy, budowano łaźnie, bez których się naówczas nikt nie obchodził, a książęta wychowane przez matki rusinki przywykłe były do niej. Z książęcych i duchownych majętności i grodów zwożono siana, składano stogi, zsypywano zboża, mąki i krupy dla mnogiej czeladzi, spędzano trzody na rzeź przeznaczone.