— Jam prawie życie ważył — odezwał się Jaszko cicho — chcąc się do was dostać. Ojciec mój Marek Jaksa wojewoda, sam nie może, posłał mnie.
— Z czemże? z czem? — plując i rzucając się zapytał Odonicz.
— Przestrzega ojciec aby Leszka nie gniewać, do czasu pokorę grać i Światopełka obiecywać... aby się go spodziewano. Inaczej pójdą na Nakło. Wszystko przepadnie!
Bystro popatrzał nań Władysław, zaciął usta.
— No, no — rzekł nadąsany — wiem ci ja co poczynać mam, nauk od nikogo nie potrzebuję. Powiedz ojcu niech będzie spokojny. Wy zaś, kiedy się o szyję boicie, nie chodźcie do mnie.
Ostro przyjęty Jaszko pogniewał się, za czapkę chwyciwszy, szparko się rzucił ku drzwiom okazując Plwaczowi że go obraził, lecz książę się pomiarkował i zawołał.
— Słyszysz! co mówią tam u Leszka?
Choć nie z wielką ochotą Jaszko się zwrócił.
— Wasza miłość jeżeli nas nie potrzebujesz...
Plwacz zniecierpliwiony podszedł i chwycił go za opończę.