— Dotąd nie, bo w Światopełka wierzą iż przybędzie — rzekł Jaszko.
— A jakże! przybędzie! o! pewnie, będą go tu mieli! będą! nie zawiedzie! za to i przysiądz gotowym.
I śmiać się począł, zęby czarne pokazując.
— Gotuje się z wielkim dworem, jak mi żona i dzieci miłe — mówił Odonicz szydersko. — Przybędzie, ino trochę cierpliwości...
Jaszko zbliżył się ostrożnie do Plwacza i począł mu szeptać do ucha.
— A i chwilę w odwiedziny trzeba taką wybierać jak należy, albo w pierwospy, lub na zaraniu... bo straży jest dosyć, jak się to po obozie rozsypie, nim się zbierze i trwogę poczuje, będzie czas...
Mrugnął, jedno przymrużając oko.
Odonicz głową obojętnie poruszył uśmiechając się, i ręką dał znak, że słuchać dłużej nie potrzebuje, bo sam wie co czynić.
— Byle się na Nakło nie wybrali przed czasem — zamknął. — Tego pilnować. Niech czekają...
Poszeptali coś jeszcze i Jaksa się wymknął, a Odonicz wypluwszy się, znowu na łóżko padł, przykazując wprzódy swoim ludziom, aby koło dworu czuwali. Niedowierzał tak, że zbroję koło siebie tuż i miecz postawił, a sukni na noc nie zrzucił.