— O pana? — spytał Biskup — a cóż cię trwoży?
— W powietrzu coś niedobrego czuję, — mówił stary. — Gdybyś mi kazał powiedzieć com widział i słyszał, nie umiałbym się tłumaczyć... a boję się. Plwacz ma tu jakieś związki, spiski... coś knują!
— Po czem to poznajesz? — spytał Biskup...
— Ludzie po obozie się wałęsają obcy, podpatrują, wysłuchują, poją... — mówił Mszczuj. — Pomiędzy naszemi swawola i pijaństwo straszne, a do niego jakaś niewidzialna ręka popycha i nastręcza... W szynkach za pół ceny piwo i miód tęgi dają...
— Masz prawo — pilnuj, a co złego jest precz z obozu wyżeń! — odezwał się Biskup.
— Tom ja czynił — odparł Mszczuj, — ale plugastwo powraca, a i z naszemi ludźmi nie łatwo, bo go bronią i kryją. Dobrze im z tą swawolą.
Biskup się namyślał nieco.
— Podejrzliwość zbytnia i nieufność grzechem też jest, mój bracie miły, — odezwał się. — Ja w tem nie widzę tylko chęć niegodziwego zarobku...
— Kiedy napoje szynkują prawie za darmo! — odparł Mszczuj. — Komuś więc o to idzie aby lud nasz wciąż pijanym był...
Biskup zamilkł.