Z urywanych słów mógł się dorozumieć Mszczuj, że niedawno tu przybył, bo się rozpytywał o wszystko.

Postawszy na koniu czas jakiś, Waligóra przejechał obozowisko ks. Konrada, w którem o żadnym wyborze w pochód nie myślano, przynajmniej na pozór, powracał Mszczuj przerzynać się zmuszony między ludźmi Odonicza. Ponieważ mrok był i nie poznawano go, a miano za jednego ze swoich, nie zważano nań i Waligóra jadąc powoli przekonał się, że tu więcej niż gdzie przygotowywano się do czegoś — chociaż odgadnąć było trudno jakie to miało znaczenie. Z rozbudzoną ciekawością Mszczuj pilno słuchał...

Starszyzna chodziła po namiotach, półgłosem wydawano rozkazy. Usłyszał jednego tysiącznika, który do gromadki mówił.

— Nie spać, zbroi nie rozdziewać... na dane hasło wszyscy mają się rzucić, gdzie im się droga pokaże i — rąbać!!

Niezrozumiałem to było dla Mszczuja, ale wielce podejrzanem.

— Jak zatętni na drodze, — dodał dowódzca — choć zdala, żeby byli ludzie pogotowiu...

Wskazywał coś rękami, mówiąc ciszej... Ludzie zdawali się to rozumieć. Niektórzy robili uwagi, że ich garść była nie wielka...

Tysiącznik ich łajał, dodając:

— Toż nie sami będziecie...

Uchwycił wśród gwaru wymienione nazwiska Leszka i ks. Henryka szlązkiego, potem Władysława starszego.