Cień ten wyszedł ostrożnie ku środkowi placu, popatrzył w stronę gdzie stał Mszczuj, postąpił kilka kroków oglądając się na dworzec Leszka, i gdy już Waligóra spodziewał się go módz pojmać, nagle nazad się rzucił między ściany dwóch budynków około łaźni i — zniknął.
Piały już drugie kury na wsi... Dziwna i niezwyczajna rzecz, zdało się Waligórze jakby usłyszał krakanie kruków, które spoczywają o tej porze z innemi zwierzęty. Krucy ciągnęli gdzieś górą, nawołując się chrypliwie, złowrogie te głosy przejęły go dreszczem. Przeżegnał się, ale nie opuścił stanowiska.
W powietrzu jakby ciężkie poruszenie czuć było... mgły kołysać się zdawały...
IX
Musiało już być nad ranem. Kury piały znowu, na niebie coś jak szara pręga nad lasami się ukazało... W obozach gdzieniegdzie musieli się budzić ludzie, głuchy szmer dochodził Mszczuja.
Dzień dlań był pożądanym, bo noc wydała się jak wiek długą.
W wielkiej łaźni nigdy nie gasnący ogień podkładać zaczęto na nowo, gdyż dym buchnął nad dachem i z głównego dymnika zaczerwieniony od dołu wystąpił, niosąc iskry, które się na dach posypały.
Mszczuj słyszał ze swego miejsca jak rzucano przynoszone drzewo, przez szpary i otwory przedzierało się światło...
O tej porze zazwyczaj w obozie ludzie już do koni wstawać byli powinni, nic się jednak nie poruszało, nic nie budziło, kamiennym snem odpoczywali po beczkach wypróżnionych wczora.
Z wielką pociechą swą pochwycił Mszczuj mały szmer na pańskim dworcu. Leszek zwykle wstawał bardzo rano, przychodził doń kapelan z którym odmawiał modlitwy, szedł po tem do łaźni i parzył się, najczęściej gdy jeszcze drudzy spali. Dworscy wstawali naówczas i w izbie przygotowywano poranne jadło...