Mysz już drugą powoli sobie przyswajam: wcale inną ma naturę, żwawsza, śmielsza, więcej nie dowierzająca, płochliwa, ale z dniem każdym nabiera poufałości. Zuchwałe to razem i nieufne.... Wpada czasem aż za krzesło, a byle szelest, piorunem do dziury. Nie jest tak ładna, jak tamta pierwsza, nie ma tych ruchów, co poprzedniczka. Co się też z nią stać mogło? O! ten kot! ten kot!

8 czerwca. Nigdybym się był tego nie spodziewał, nigdy w świecie! Czupurnego niema ani śladu! Wesół był, chwalił się, że mu doskonale, na robotę się nie skarżył, całował mnie po rękach, nazywając dobrodziejem, a wczoraj do dnia, zabrawszy swe łachmany, drapnął. Gospodarz we furyi na łobuza, próżno go mitygowałem!

Powiada — nikczemnik! Co to tam potępiać zaraz. Lato, mosanie, chłopcu się chciało na swobodę; to jest w naturze. W okolicy, na powietrzu świeżem znajdzie sobie robotę biedaczysko!

A miałem już tak piękne dla niego projekta! Byłbym pana senatora zainteresował i — mógłby był pójść do szkół.

Ale to, słowo daję, tak jak z tą myszą, ledwie się zaczęła przyswajać i poszła szukać lepszej doli. Mam już takie dziwne szczęście, do czego się zacznę przywiązywać, Pan Bóg mi to odbiera. Wola jego. Może to i lepiej? boby człek potem miał z tego jaką zgryzotę.

Poskarżyłem się Sulzerowi, naśmiał się. Powiada, dziękuj asindziej Panu Bogu, że się to zawczasu stało, i że jeszcze nie okradł, uchodząc.

Zgorzkniały jakiś człek. Zaraz — okradł.

11 czerwca. Nie mogę inaczej powiedzieć, tylko, że mi po tym chłopcu straszliwie tęskno. Więc i dobrze, że drapnął, bobym się był zanadto przywiązał. Ta samotność dokuczliwą jest. Na zimę pewny jestem wróbli, myszy są niestateczne. Karm je, karm, żebyś im nie wiem co dawał, skłonne są szukać lepszego losu i nikną. Po kilka dni żadna się teraz nie pokazuje. Latem widać i one na pola wychodzą, bo im natura i swoboda miła.

12 czerwca. Gdym dziś wieczorem poszedł na przechadzkę do świętego Aleksandra, jak zwykle, patrzę: na placu, poznałem go po spencerze, uwija się mój Czupurny; ten sam, słowo daję, z workiempiasku na plecach, ale jak mnie zobaczył, w nogi. Próżnom kiwał i wołał, czmychnął. Przecież się mnie nastraszyć nie mógł.

Pięknie zamienił kondycyę! Ciężki piasek, może wilgotny, dźwigać na plecach. Ale na swobodzie! a przytem w towarzystwie innych łobuzów. Młodość potrzebuje ruchu, awanturowania się. Alboż to i ze mną inaczej było, gdym zemknął od rodziców do wojska!