7 grudnia. Rożniak się rozochociwszy prosił mnie na obiad. Nie zrujnuje się na to, bo w Smoleńskim hotelu stół nie drogi, a butelka porteru krajowego także nie przejdzie dwu złotych. Mój Boże! mój Boże! Jakże mi się tu wydało wszystko smakowitem, przedziwnem! Tak dawno nie jadłem porządnego obiadu, a nawet i obiadu wogólności, ograniczając się chlebem, serdelkiem, albo nawet chlebem z jaką taką polewką. Co to za dobrodziejstwo ten głód, jak on wszystko potem czyni wyśmienitem!
Ale fraszka obiad! cośmy się nagadali, naprzypominali i naśmiali!
Najbardziej mnie to poruszyło, gdy Rożniak wspomniał boską ową Paulinkę, w którejem się ja na zabój kochał, którą jeszcze dziś pod siwym włosem ubóstwiam. Rodzice ją gwałtem za staregowydali i uczynili nieszczęśliwą, a Rożniak mi powiada, że jeszcze teraz, gdy kto o mnie wspomni przy niej, rumieni się biedna, jakby młodą była i przysięga, że ona mnie w sercu nosi. Notabene, że bezdzietną jest, stary safanduła cały jej majątek zapisał i zmarł zostawując wdową. Starało się o nią wielu, za nikogo wyjść nie chciała. Boska Paulino, stary nędzarz nie mogę nawet pójść ci się dziś rzucić do nóg i podziękować, aby ci lepszego obrazu z pamięci nie wygluzować. Spotkamy się odmłodzeni na innym świecie.
Dawno takiego nie doznawałem uczucia, czułem się odmłodzonym. Łzy mi się zbierały pod powiekami. Oni mnie tam, powiada Rożniak, dawno mają za umarłego, to i lepiej.
Dosiedzieliśmy tak za stołem, gadu-gadu, do późnego wieczora. W końcu Rożniak powiada mi:
— Co bo wy panie Gabryelu, w tem mieścisku siedzicie, niewiedzieć na co i po co? Wiesz co, przyjeżdżaj do mnie na wieś, w oficynie są dwa pokoiki śliczne, jakby zrobione dla ciebie. Ja was za tanie pieniądze dobrze żywić, opalać, opierać będę, dam wam i ciepły kąt, chłopaka do usługi.
Milczałem, słuchając, a serce mi biło. E! radaby dusza do raju, ale grzechy nie puszczają. Dłużej kłamać milczeniem nie godziło się. Powiedziałem mu tedy:
— Mój drogi, ja bo i najtaniej wkrótce płacić nie będę miał czem.
Ten aż osłupiał, a potem żachnął się.
— A kapitał-że ten u Potockich?