— Wszystkiego 500!
— Chińskie?
— Nie, Ameryka!
— Czy słyszał pan co o Ergo, Im. i Ex.?
— Aparaty nie idą, panie Bernheim. To nie ma racji bytu, jeżeli wolno mi wypowiedzieć moje zdanie.
— Nie — rzekł Bernheim — bez swego zdania — a w duszy sekretarza czytał słowa: „Ma rację, kto dziś płaci jeszcze 15 dolarów tygodniowo?”.
— Musimy — mówił dalej Bernheim — bacznie sprawę śledzić. Trzeba mieć nosa! — Telefon przeraźliwie alarmował, równocześnie biuralistki przestały stukać. Sekretarz skoczył, ażeby chwycić słuchawkę, zanim Bernheim wyciągnie rękę. Przez chwilę panowała cisza. Wynikała ona z obydwu maszyn, które przed chwilą jeszcze hałasowały, i z obu dziewcząt, których twarze przybrały minę pustej uroczystości, z jaką niekiedy przypatrywały się nabożeństwom lub obcym weselom.
— Kto mówi? — zapytał Bernheim sekretarza. Ten odłożył słuchawkę z usłużną stanowczością, z którą za piętnaście dolarów tygodniowo byłby odłożył wszystkich właścicieli telefonów. Pomiędzy koniecznością mówienia po cichu, a obawą, że szept zmniejszyłby jego czołobitność, wynalazł pewnego rodzaju urwany sposób wyrażania się, fragmentaryczne zwroty, jak gdyby skróty trudniej było słyszeć niż całe zdania.
— Granich Düsseldorf pyta, jutro będzie sygnowane! — bełkotał.
— Niech czeka! — rzucił Bernheim — jestem na konferencji.