— Potrzebowałbym człowieka — ciągnął Brandeis dalej — który mógłby dostarczać materiały urzędom, żandarmerii, policji i celnikom.
— Postaram się — odrzekł Paweł.
— Pan sam będzie dostarczał — dodał Brandeis.
Zapiął płaszcz, którego przedtem nie zdjął, sięgnął po laskę opartą o krzesło, jak żywa istota, i wstał. Pawłowi zdawało się, że obcy był teraz większy, że urósł, siedząc tu. Spojrzenie Bernheima sięgało tylko do koniuszka brody olbrzymiego człowieka.
VIII
Teodor ulotnił się. Pobieżnie pożegnał się z matką, a bardzo gruntownie ze swoim pokojem. Był niezwykle bliski płaczu, gdy wyjmował swoje rzeczy z szuflady, gdy palił swoje papiery, wyrzucał naboje z pistoletów i razem z rapierami wpakował je do płóciennego futerału na parasole. Przerażało go życie na obcym dworze u węgierskiego towarzysza, na wsi, którą sobie wyobrażał brudną i barbarzyńską. Grozą przejmowała go myśl o nieznanych aptekach, gdzie z pewnością niesumienni farmaceuci zamiast środków nasennych podawali inne lekarstwa, o niezdarnych optykach, którzy na pewno nie pojmą jego 2 i pół dioptrii i wreszcie o nędzy, o ubóstwie. Matka i Paweł pozwoliliby mu zginąć śmiercią głodową na obczyźnie. Gustaw, który był winien tej całej historii, był synem ubogiego chałupnika. Dla niego pobyt w majątku ziemskim węgierskiego magnata mógł być wypoczynkiem i przeżyciem. Teodor starannie zapakował swoje piżamy i swoje dwadzieścia cztery krawaty. Żałował, iż zażądał od Pawła tylko dwóch tysięcy dolarów. Powinien był zażądać czterech tysięcy. Każdej chwili mógł odezwać się umówiony gwizd Gustawa. Wierni zwyczajom ich związku, umówili gwizd nawet teraz, w godzinie odjazdu. Spiskowcy powinni gwizdać.
Gustaw gwizdał, przeraźliwie, Teodor zamknął walizę i kazał ją portierowi zanieść tylko aż pod ogrodzenie. Ażeby go Gustaw nie wyśmiał i nie uważał za zdrajcę. Aż do wozu czekającego u wylotu ulicy chciał sam walizę dźwigać. Gustaw czekał już w wozie. Teodor wzdychał. Gustaw nie ruszył się. Teodor spodziewał się, że Gustaw pomoże mu podnieść walizę na wóz.
— Tobie jest dobrze — rzekł Teodor. — Jesteś o wiele silniejszy ode mnie. — A jednak Gustaw nie zdradzał zamiaru ubolewania nad Teodorem. Teodor milczał rozgoryczony, aż do dworca.
Gdy przyjechał Paweł, pani Bernheim siedziała w jadalni nad robótką i płakała. Płacz jej przestał być następstwem pewnych wzruszeń, stał się, jak u wielu starzejących się kobiet, przyzwyczajeniem oczu. Łzy długo ściekały, zanim ona sama spostrzegała, że płacze. Ciekły jak deszcz polny, wytrwale i cienko, i łagodnie, i pocieszająco. Troski przemieniały się w wodę. Woda spływała z zaczerwienionych oczu, tymi samymi, starymi bruzdami, pomiędzy policzkami a nosem, a od kącików ust dwiema innymi bruzdami oddzielającymi szeroki podbródek od policzków. Potem łzy gubiły się w fałdach szyi i w wysokim kołnierzu czarnej sukni. Kołnierz wciąż jeszcze był napięty okrutnymi fiszbinami.
— Czego płaczesz, matko? — rzekł Paweł.