— My wybieramy się do Paryża w innych sprawach, nie za interesami.

— W takim razie — rzekł Brandeis — proszę liczyć się z grubo większymi wydatkami, niż panowie przypuszczacie.

Wstał. Poprosili go o jego adres. Przez chwilę żałował, że się z nimi wdawał. Dał im swój adres.

Chciał pójść do domu wolnym krokiem i okólną drogą. Określenie „do domu” sprawiło, że się uśmiechnął. Od dwóch lat mieszkał w pensjonacie. Nagle wydawało mu się niemożliwością zostać tam dłużej. Niedziele były nieznośne, a z niedziel najbardziej nieznośne popołudnia. Ze wszystkich zamkniętych pokojów dolatywały miłosne chichoty i gramofony. Właścicielka, wdowa po radcy dworu, miała dziś na sobie jedwabną suknię, czarną i szarą. W pokoju Nikołaja leżało jeszcze na szafie pudło ze skrzypcami, instrumentem hofrata. „W tych pokojach — opowiadała wdowa — koncertował zawsze kwartet”. Brandeis przypomniał sobie wapienną biel i błękit jego izby. Wciągał nozdrzami woń siana, gnoju, duszność kojców na kury, korzenną parność stajni i ciepły syczący strumień końskiego moczu. I przypomniał sobie mieszaninę karbolu i gotowanej ryby morskiej w jego pensjonacie. Postanowił wrócić dopiero wieczorem do domu.

Wieczór zapadł wcześniej niż przypuszczał. Niedziela przeszła, wytrzymał ją. Lecz na dworze niedziela była gorsza niż w domu. Uciekł.

Dwóch panów czekało na niego w „salonie”. Udał się do salonu. Byli to dwaj Rosjanie, z którymi mówił w restauracji.

Okazało się, że obaj odznaczali się tą samą nieśmiałością. Obaj byli bezradni. Chcieli się wspólnie do czegoś zabrać, na zasadzie owego dziwnego prawa, które łączy słabeuszów, wysyła razem na spacer dwie brzydkie dziewczyny, dwóch głuchych wikła w długą konwersację i dwóch nieśmiałych kojarzy w nadziei, że dodani do siebie, zrodzą śmiałość. Wszelako blondyn, młodszy od ciemnego, zdawał się być zmuszony do pewnej odwagi ze względów grzecznościowych. Blondyn więc zaczął:

— Cieszymy się bardzo, żeśmy pana dzięki przypadkowi poznali. Gdyż zależy nam na pańskiej poradzie. Ów Daniłowicz, o którym wspominaliśmy dziś, naraził nas na niemiłą sytuację. Dlatego przyszliśmy do pana i dlatego, że przypuszczamy, iż pan interesuje się sztuką.

— Ja? Sztuką? — odrzekł Brandeis. — Nigdy w życiu!

Jego goście tak się zmieszali, że musiał dodać: