Był świeży, pogodny wieczór, niebo jasne jak wczesnym porankiem, a księżyc tak bliski i ziemski, że wyglądał jak brat dużych, srebrnych lamp łukowych. Paweł błogosławił tego Tekely’ego. „Kilka razy w tygodniu powinno się spotykać takich ludzi. Chłopak ten wszystko wie i przynosi szczęście. Wszystko zależy od tego balu »Czarno-białych«. Tam przeżyję coś decydującego albo już nigdzie. A więc, w drogę do »Czarno-białych«. Hockey jest sympatycznym sportem!”

XIII

Wielką salę kasyna, w którym miała odbyć się zabawa, zamieniono w labirynt. Nieoczekiwane kąciki pomiędzy sztucznym murami, lożami, schowkami miały na celu nie tylko ukrywać gości, chcących oddawać się tajnym rozkoszom, lecz także utrzymywać ich w ciągłej obawie przed niespodziankami. Nie było bowiem takiego kąta, który by pozornie i podstępnie nie wydawał się bezpiecznym, posiadając jednak przy tym niewidoczny dostęp. Była to architektura sadysty.

Paweł Bernheim stanął blisko wejścia, chciał widzieć wchodzących. Lecz Brandeis nie przyszedł. — Powinienem był to przewidzieć — rzekł Paweł.

— Czy jeden raz ten Sandor Tekely opowiadał mi kłamliwe historie? — Był smutny i pełen goryczy. W tym hockey-klubie jeden drugiego poznawał i w przebraniu. Co więcej, można było przypuszczać, że wszyscy wiedzieli, w jakich kostiumach ich znajomi przyjdą na bal. Wszyscy obecni mieli tak silne poczucie przynależności do jednej rodziny, że dla kilku zabłąkanych obcych mieli zdziwione i trochę niezadowolone spojrzenie, jakie się ma dla intruzów. Na dwóch przeciwległych estradach muzycy wyładowywali swój temperament. Nie dopuszczali do żadnych pauz. Gdy po ukończeniu tanga przez jedną kapelę, zakwitała nieśmiała cisza, rzucała się na tę niemą chwilę druga kapela, miażdżąc ją pomiędzy bębnami a saksofonami jazzu. Pary tańczyły niezmordowanie. Paweł Bernheim nie widział możliwości spotkania decydującego przeznaczenia, w tym zamkniętym, aczkolwiek przebranym towarzystwie. A przez cały wieczór miał tę nadzieję. Miał na sobie ciemne domino. Kostium ten, nadawał się — tak mu się przynajmniej zdawało — do spotkania z decydującym przeznaczeniem. Lecz przeznaczenie nie zgłaszało się.

Powiedzmy raczej: pozornie przeznaczenie się nie zgłaszało. Gdyż pociągnęła za sobą Pawła Bernheima do kąta dziewczyna w kostiumie haremowym, z piersiami ze złotych łusek, z turkusową szeroką wstążką dokoła czoła, białych, przewiewnych szarawarach i niebieskich sandałach. Pociągnęła go łagodną przemocą, stosowaną przez uczciwe kobiety, chcące jedynie wywołać wrażenie, że naśladują ruch lekkich kobiet z miast portowych. Było już około drugiej po północy i Bernheim nie mógł się spodziewać niczego wielkiego. Oddawał się więc niemej rozkoszy tulenia do siebie ciała dziewczęcia. Kobieta chciała się czegoś napić. Paweł wstał, ażeby jej przynieść szklankę szampana, sprzedawano bowiem przy bufecie szampana szklankami. Czuł, że usiłowała podsycić lekkie podniecenie, w którym się już znajdowała. W jakim celu istnieją bale kostiumowe? Nudzę się, pomyślała. Wszyscy mnie znają, a nie ważą się nawet na żart. Ten młody człowiek jest mi obcy. Nie jest może mądrzejszy od innych, lecz ma tę zaletę, że mnie nie zna.

Wyznała mu więc krótko i stanowczo, że się nudzi. Skarżyła się na trwożliwych mężczyzn, których znała nie tylko po imieniu, lecz także po przezwisku. Pobudziła ambicję Pawła i przypomniała mu szczęśliwe czasy jego pierwszej młodości, kiedy to beztrosko i z widokami na studia w Oxfordzie do tego tylko stopnia uwodził dziewczęta, że nie pomniejszało to ich zdolności do zamążpójścia. Były to jeszcze bądź co bądź niewinne czasy, pomyślał. Wtedy żadna z panien nie byłaby się odnosiła do mnie tak otwarcie. Po matce odziedziczył skłonność zaliczania każdego obcego, bez względu na płeć, do jednej z klas społecznych. Z zachowania dziewczęcia wysnuł wniosek, że nie należy do towarzystwa, które on zwykł był nazywać „pierwszorzędnym”. I na wzór mężczyzn, którzy zdolność stawiania oporu u kobiet oceniają według dochodów ich ojców, przedsięwziął sobie, posunąć się tak daleko, to znaczy, tak blisko, ile to będzie możliwe, przy uwzględnieniu ciemności i odosobnienia miejsca.

Otrzymał zapraszającą odprawę. Pancerz z łusek rozluźnił się. Próby jego były już tak śmiałe, że znajdował się w stadium, w którym zapomina się twarz, a więc indywidualność kobiety, czując tylko bliskość odmiennej płci. Wtem przeląkł się szmeru. Rokokowy książę przeszedł obok, i półszeptem wypowiedział jego nazwisko. Poprosił towarzyszkę, by na niego zaczekała, i poszedł za księciem. Był to Sandor Tekely.

— Winszuję panu pańskiej zdobyczy! — rzekł Tekely.

— Mnie się również zdaje, że jest przystojna — twierdził Bernheim. Był trochę niegrzeczny, dlatego że mu Tekely przeszkodził i dlatego, że mu wczoraj obiecał coś zupełnie innego i ważniejszego.