— Jesteśmy zakochani, prawda?

Irma uważała swego wuja za staromodnego, w tym stopniu, w jakim on sam uważał się za modnego. Raził ją wyraz „zakochana”. Określał stan nieodpowiadający ściśle temu, co odczuwa dzisiejszy młody człowiek. Powtórzyła:

— Zakochana?! — A po chwili: — Może tylko skłonna do zamążpójścia!

— No, więc — rzekł pan Enders — cieszy mnie, że jesteś na tyle współczesna, że nie mieszasz małżeństwa z miłością. Wiesz chyba, że nie możesz wyjść za byle kogo. Możesz się jednak w byle kim zakochać.

— Jestem samodzielna, wuju!

— Ale nie w tej kwestii!

Myślał o tych wszystkich ludziach, którzy ubiegali się przez niego o Irmę. Byli to ludzie różnych kategorii. Artyści, których on popierał i których z góry uważał za nieodpowiednich, łączył bowiem wyobrażenie o artyście z impotencją płciową. Nie uświadamiał sobie swych przesądów, gdyż ciągle się powtarzał i udowadniał, czy raczej mniemał udowadniać, iż nie ma przesądów. „Nie mam nic przeciw ubogim — zwykł był mawiać — Bóg mi świadkiem, staram się z biednymi w tej samej mierze obcować, co z bogatymi, lecz ostatecznie, nie można ich przecież tak ni stąd, ni zowąd przyjąć do rodziny. Oczywiście, gdyby to był geniusz, ktoś nieprzeciętny! Eckener, lub Einstein, lub nawet, jak dla mnie, Lenin! Ale ktoś! Ponieważ jednak między niezamożnymi, których znał, nie widział „kogoś”, stosunek jego do nich był chłodny.

Przez dłuższy czas myślał o tym, ażeby związać Irmę z którymś z potomków wysokiej arystokracji, którą niezmordowanie zapraszał, popierał, ugaszczał i utrzymywał. Popierał czasopisma propagujące zjednoczenie Europy, i inne, przygotowujące nową wojnę. I sam te czasopisma abonował. Lecz instynkt, silniejszy niż gotowość do śpieszenia z pomocą i życzliwość, gdyż był to instynkt zabezpieczenia swego stanu posiadania — chronił go przed myślą wejścia w związki rodzinne z którymś z jego niezamożnych przyjaciół. Irma musiała wyjść za bardzo bogatego człowieka. Bogatego właściciela dóbr ze starej rodziny albo młodego przemysłowca. Pan Enders nie wiedział, że pomiędzy bogactwem a ubóstwem istnieje stan, który bądź co bądź wyklucza materialną nędzę. Ludzi zarabiających mniej niż pół miliona rocznie zaliczał do biednych. A gdy znajdował się czasami w takim położeniu, że miał sobie wyobrazić „ubóstwo”; widział wówczas straszne obrazy: syfilityczne dzieci, suchotniczą żonę, materace bez powleczenia, zastawione srebro. „Tak dziś żyje stan średni” — zwykł był dodawać. Do stanu średniego zaliczał również dyrektorów swoich fabryk. Proletariat był, jego zdaniem, zaopatrzony. Po pierwsze, miał socjalizm, po drugie, nie miał żadnych potrzeb, po trzecie, korzystał z opieki społecznej.

— Tylko nie kogoś z klasy średniej! — mówił do Irmy. — Bo nigdy z nędzy nie wybrniesz.

Szczerze był o nią zatroskany. Jego czerwony kark, muskularne policzki, jego cała krępa, zdrowa, kanciasta postać służyła tej trosce. Irma uważała, że wygląda komicznie, gdy się martwi. Śmiała się.