I słońce świeciło. Na niebie żadnej chmurki. Nie było kurzu. Ani wiatru. Na stanowiskach stały tylko otwarte taksówki. Chciał pojechać taksówką, żeby nie stracić potrzebnej energii w ścisku kolejki podziemnej. Wsiadł, jakby do podróży w szczęście.
Lecz przy Köpenickerstrasse, przed masywnym blokiem, w którym od kilku miesięcy mieściły się biura Brandeisa, ogarnął Bernheima lęk. Lęk, jakiego nigdy jeszcze nie doznał. Jeżeli tu niczego nie osiągnie, to nawet nie pojedzie do D. Zastanawiał się nad wymówką, której użyje wobec Irmy. Stylizowanie listu do niej, teraz już, sprawiało mu ulgę. Rozpraszało jego myśli o najbliższym kwadransie. Pogrążył się w wyobrażeniach zupełnej porażki, ażeby móc znieść nieznośniejszy o wiele strach przed porażką.
Nie chciał wsiąść do windy, do której go zapraszał portier. Szedł wolno po schodach i liczył je. Jeżeli liczba będzie parzysta, wszystko ułoży się dobrze. Na pierwszym piętrze liczba była nieparzysta. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Na szczęście zawiadamiała tablica, że dyrekcja znajduje się na drugim piętrze. Z obawy, że liczba znowu mogłaby być nieparzysta, zrezygnował z liczenia.
Musiał minąć dużą, niesamowicie słoneczną salę, w której pracowano przy około stu stołach. Biuro na wzór amerykański. Na wszystkich czterech ścianach — olbrzymie, elektryczne zegary; jak na dworcach. Regularny szelest papieru. Stłumiony stukot modnych, cichych maszyn do pisania. Szept rachujących młodych ludzi, którzy zgarbieni nad stołem bezustannie notowali jakieś liczby i manipulowali liniami. Ściany nagie, okna duże, nagie; bez firanek. Brandeis kazał swoich klientów prowadzić przez tę salę.
Paweł był przygotowany na jedną „z najważniejszych konferencji”. „Tu trzeba będzie godzinę lub dwie poczekać. Tym lepiej. Mam dość czasu, by się uspokoić”.
Ale już po paru minutach zawezwano go do Brandeisa.
Brandeis siedział w małym, przyciemnionym pokoju. Goście, wchodzący z bolesnej jasności, w pierwszej chwili niczego nie widzieli. Sięgnął ręką do ściennej szafki, po koniak, kieliszki, cygara, papierosy i zapałki. Ustawił wszystko ostrożnie przed Bernheimem; bezszelestnie, jak gdyby jego silne, owłosione dłonie, stół, flaszka, kieliszki i pudełka były z aksamitu.
Napełnił dwa kieliszki.
Bernheim wypił koniak jednym haustem. Zły był, że Brandeis tylko nadpił.
— Piję bardzo pomału — rzekł Brandeis.