Posiadamy na szczęście w naszym gronie młodego Brazylianina, p. Vergueiro, znającego dobrze miasto i zwyczaje, na samym wstępie bowiem spotkaliśmy nieprzewidzianą trudność — brak hoteli w Rio Janeiro. Wprawdzie sążniste napisy złotymi literami na kilku domach głoszą wyraźnie: „Hotel”, z wyjątkiem wszakże dwóch czy trzech hoteli drugorzędnych, przepełnionych po brzegi z powodu sezonu operowego i sesji parlamentu, pozostałe są hotelami z nazwiska tylko i bardzo często nie posiadają wcale pokojów do wynajęcia: zupełnie inne, a niezbyt moralne miewają przeznaczenie. Obszedłszy sumiennie wszystkie przybytki tego rodzaju w śródmieściu, dochodzimy do wniosku, iż wypadnie nam albo na „Congo” powrócić, albo spędzić noc pod gołym niebem wraz z bagażami. Nasz brazylijski przyjaciel obiecuje jeszcze w dalszych regionach poszukać i naznaczywszy nam na wieczór rendez-vous66 w „Cafe do Globo”, wsiada w przechodzący tramwaj i znika nam sprzed oczu. Rzeczy zdajemy jakiemuś posłańcowi z wózkiem ręcznym, który z flegmatyczną miną, zapaliwszy cygaro, snadź67 przyzwyczajony do podobnych wypadków, oświadczył, iż czekać będzie na placu choćby do jutra; sami zaś, w oczekiwaniu na rezultat poszukiwań naszego przyjaciela, puszczamy się na włóczęgę po mieście.

Zaraz na wstępie obok katedralnego kościoła uderzył nas zgiełk i zbiegowisko wielkie: zgraja łobuzów ciskała pomiędzy zwartą ciżbę ciekawych zapalone szmermele68, oddział wojska w paradzie stał pod bronią, gdzieś grała muzyka wojskowa, a dzwony farnego69 kościoła wydzwaniały rytmicznie rzewną jakąś melodię. Przyzwyczajony już dawniej do tego rodzaju hałaśliwych objawów południowoamerykańskiej wesołości, uspakajam strwożone damy, uciekające do sieni jakiegoś domu. Zwłaszcza mała M-lle70 Zézé, „artystka” od baletu z teatru „Eldorado”, uprawiająca specjalnie pewien modny w Paryżu taniec arabski, jest przekonana najświęciej, iż w chwili naszego wylądowania wybuchła w Rio rewolucja. Tymczasem była to tylko intronizacja nowego arcybiskupa stolicy.

Nie zdarzyło mi się podczas włóczęg moich po świecie nigdzie widzieć min tak napuszystych i pewnych siebie, jak u obywateli Rio Janeiro, chociaż zaprawdę nie wiem, z czego tak bardzo dumnymi być mogą. Ubrani w nieposzlakowanego kroju czarne tużurki i cylindry, z mnóstwem kosztownych pierścionków na palcach, które nawet małe dzieci noszą, brylantami w krawatach i gorsach, na brelokach, spinkach i w ogóle wszędzie, gdzie je przyczepić można, mają miny panów świata, a buta ich nie zna granic. Pewien porucznik od artylerii z miną zupełnie poważną wmawiał we mnie, iż Rio Janeiro jest stolicą świata... coś podobnego do mniemania Chińczyków o sobie.

Kobiety, o których „kreolskiej”71 piękności przesadne mamy w Europie wyobrażenie, nie są ładne, znać w nich zbyt wybitnie silną domieszkę krwi afrykańskiej. Sprawiedliwość nakazuje mi przyznać, iż posiadają wiele wdzięku, piękne, czarne, wilgotne oczy i zalotność niekiedy przekraczającą granice dozwolone w Europie, Węgier nie wyłączając.

Ale otóż nowy tumult: na wielkim, czerwonym wozie, oblepionym reklamami, ciągnionym przez ukrytego prawie zupełnie wśród reklam muła, siedzi jegomość czarno ubrany, przystając na rogach ulic, przy czym pomocnik jego rozrzuca reklamy drukowane wśród publiczności. To „doktor” amerykański, wyrywacz zębów na poczekaniu i handlarz cudownych środków. Szarlatanów tych jest w Rio bez liku, a widać nie brak też łatwowiernych pacjentów, dających się na lep reklamy złapać.

Z placu katedralnego wchodzimy na główną ulicę stolicy, Rua do Ouvidor (ul. Złotnicza). Domy budowane na sposób europejski, wspaniałe wystawy sklepowe, parę małych kawiarń w rodzaju francuskim, nieskończona ilość różnobarwnych chorągwi z anonsami, łuki gazowe72, rzucone przez ulicę, w nocy również reklamami świecące, uliczka nadzwyczaj wąska, pełna niewysychających nigdy kałuż i błota, którym przebiegające co chwila tramwaje obrzucają jasne ineksprymable73 przechodniów, a wśród niej snujące się czarne i żółtawe twarze o afrykańskie rysach, obciśnięte w europejskie garnitury — oto obraz kompletny ulicy Ouvidor.

Co godzina zaglądamy do „Cafe do Globo” w nadziei spotkania naszego Brazylianina — lecz mija godzina po godzinie, złocisty wóz Feba74 schronił się za góry, nawet posłaniec przy rzeczach pozostawiony niecierpliwić się zaczyna, choć Brazylianie cierpliwość mają anielską — a naszego towarzysza ani śladu. Nareszcie około północy zjawia się ledwie żywy ze znużenia, z pomyślną wiadomością, iż na jednym z odleglejszych przedmieść znalazł w pewnym hotelu apartament z trzech pokoi, w którym się wszyscy pomieścić możemy, ponieważ obyczajem amerykańskim nie wynajmują w hotelach pokoi, lecz łóżka i całodzienne utrzymanie. Wdzięczność nasza nie ma granic, każemy się zawieść do hotelu „Des Etrangers”. Mieszkanie okazuje się wcale znośne, w pobliżu morza, z balkonem i widokiem na zatokę i Pao de Azucar. Cena skromna: 7000 reis dziennie od osoby. Razem z damami jest nas sześć osób, mieścimy się tedy w trzech pokojach wygodnie, M-lle Zézé przyjmuje obowiązki gospodyni. Mniej szczęśliwa była młoda para angielska, która poszła szukać mieszkania na własną rękę. Aby nie nocować na dworze, za drogie pieniądze odnajęli na noc pokój jednej z aktorek w „Eldorado”, i to dzięki protekcji towarzyszy podróży z pokładu „Congo” i francuskiej uprzejmości. Mieszkania są tu bajecznie drogie: pokój przyzwoicie umeblowany kosztuje 100 milreisów miesięcznie, a najuboższy wyrobnik niżej 12 milreisów miesięcznie kąta znaleźć nie może. Życie natomiast jest w ogóle tańsze aniżeli w niejednym z pomniejszych miast europejskich.

Nazajutrz wyruszamy na komorę celną po nasze bagaże. Ponieważ dzień był świąteczny i jedynymi interesantami było kilkunastu pasażerów „Congo”, sądziliśmy, iż sprawa niedługo potrwa. Smutne złudzenie! Wśród stosów pak i kufrów przechadzało się flegmatycznie kilkunastu dygnitarzy, na wszelkie prośby nasze odpowiadających stereotypowo: „spera um poco”, „logo”, „paciença” lub „teń tempo” (zaczekaj pan trochę, zaraz, cierpliwości, mamy czas...). I ludzie uważają Anglików za flegmatyczny naród! Niechby zobaczyli, jak daleko sięgać może flegma brazylijskiego urzędnika... Wytrzymano nas w ten sposób sześć godzin, w końcu kazano zapłacić kilkadziesiąt tysięcy reisów cła bez wyszczególnienia oclonych artykułów — por toudo, tj. wprost do kieszeni panów celników. Na dobitek żaden z nich nie mówi inaczej, jak po portugalsku, tak iż z wielką trudnością porozumieć się z nimi przy pomocy znajomości hiszpańskiego języka mogę. Przy opłacie cła zdarzył się zabawny i charakteryzujący stosunki finansowe kraju epizod. Otrzymałem był przy wymianie pieniędzy w Lizbonie dużą złotą monetę brazylijską z portretem Dom Pedra75, lecz bez wyszczególnienia jej nominalnej wartości. W kasie komory Rio Janeiro przyjąć mi jej nie chciano, jako monety zagranicznej. Moneta ta, wartości nominalnej 20 tysięcy reis, rzeczywistej zaś prawie podwójnej, w Brazylii tak jest rzadka, iż znają ją jako curiosum76 tylko wekslarze — w obiegu są wyłącznie papiery, miedź i nikiel. Srebrne talary (2000 reis) równie w świat powędrowały.

Rio Janeiro nie posiada wybitnych gmachów, a piękność jego wewnętrzną stanowią liczne i obszerne ogrody publiczne i prywatne, które przyroda podzwrotnikowa przy pomocy ludzkiej wspaniale przybrała.

Najpiękniejszym z nich jest niewątpliwie słynny ogród botaniczny, położony o 12 kilometrów od środka miasta, u stóp Corcovado, w prześlicznej miejscowości. Całą długość ogrodu przecina wspaniała aleja olbrzymich palm królewskich (Oreodoxa oleracea77). Kępy drzew i bambusów są zapuszczone nieco, co jednak dodaje im jeszcze więcej dzikiego uroku, dając w miniaturze obraz dziewiczych puszcz wnętrza kraju.