Wiosną 1891 roku jeszcześmy nic naprawdę nie wiedzieli, choć ruch trwał już od pół roku przeszło. Wówczas komisja, wyznaczona przez lwowski zjazd ekonomistów i prawników w celu wszechstronnego zbadania sprawy wychodźstwa naszego ludu za granicę, zwróciła się do mnie z prośbą zorganizowania wyprawy do Brazylii i Argentyny, a jeśli można, i do innych krajów Południowej Ameryki, w celu wyświetlenia tamecznych stosunków imigracji europejskiej i porozumienia się z rządem argentyńskim o ewentualne przesiedlenie brazylijskich emigrantów polskich, jak to miało przed laty miejsce z emigrantami niemieckimi znad Wołgi do obdarzonej, jak mniemaliśmy, lepszymi warunkami klimatycznymi i ekonomicznymi Argentyny. Gdyby zaś okazało się to niewykonalne, miałem zbadać, czy przy pomocy konsulatów europejskich i Towarzystwa św. Rafała10 nie dałoby się rozciągnąć pewnej kontroli nad nadużyciami i wyzyskiem, których się rząd brazylijski na emigrantach dopuszczał, i zapewnić im możność znalezienia pracy i zarobku.
Plan ten, wobec braku jakiegokolwiek poparcia materialnego ze strony rzeczonej komisji i bardzo niechętnej postawy opinii publicznej w kraju, uległ pewnym zmianom, a podróż moja podzieliła się na dwie części: kilka miesięcy miałem poświęcić dokładnemu zbadaniu stanu istniejących już i nowo zakładanych kolonii polskich w południowej Brazylii, później zaś przedsięwziąć geograficzno-przyrodniczą wyprawę przez nieznane stepy i góry północnej Patagonii i Araukanii11. Zawód ze strony dwóch innych panów był tym przykrzejszy, że do ostatniej chwili zamiar swój towarzyszenia mi objawiali, a zwłaszcza jeden z nich, fachowy geograf i podróżnik amerykański, obznajomiony już z krajem i językiem hiszpańskim bardzo mi mógł być pomocny.
Po przezwyciężeniu wielu przeszkód, które jakby naumyślnie od chwili zamierzonego w pierwszych dniach maja wyjazdu ze Lwowa gromadzić się zaczęły, wyruszyłem nareszcie w początkach lipca do Paryża, stąd zaś, po załatwieniu niezbędnych do długiej i uciążliwej ekspedycji przez stepy i lasy sprawunków i zaopatrzeniu się w kilka listów polecających do władz brazylijskich i argentyńskich, udałem się do Bordeaux. 20 lipca byłem już na pokładzie statku „Congo”, udającego się do Rio Janeiro. Z towarzyszy podróży stawił się w terminie oprócz p. Antoniego Hempla, bawiącego już od kilku tygodni w Brazylii, tylko przyjaciel mój i kolega z uniwersyteckiej ławy, p. Witold Łaźniewski.
Kwestia brazylijskiej emigracji polskiej, której zbadanie było jednym z głównych motorów pierwotnych mojej wyprawy, utraciła już podówczas ostry swój charakter, a wiadomości zebrane przez ks. Chełmickiego w Rio Janeiro i St. Paulo ograniczyły pole działalności mojej w tej mierze do minimum.
Podczas pobytu w Paryżu starałem się zasięgnąć wiadomości o obecnym stanie kwestii z urzędowych źródeł brazylijskich. Okazało się, iż jakkolwiek bardzo wielu emigrantów polskich wciąż jeszcze do Brazylii dostać się usiłowało, bywali oni przez władze pruskie bezwzględnie zwracani na miejsce pobytu, rząd zaś brazylijski pod żadnym pozorem nikomu z wychodźców polskich nie udzielał biletów wolnej jazdy, a od przybywających dobrowolnie nawet własnym kosztem żądał formalnych legitymacji, paszportów emigracyjnych i świadectwa moralności. Przyczyną tak nagłego zwrotu w opinii rządu młodej rzeczypospolitej12, jak mnie zapewniał p. Antonio da Silva Prado (były minister rolnictwa i pierwszy inicjator agitacji imigracyjnej w Brazylii), była dwojaka: najsamprzód nieprzewidziane rozmiary napływu emigrantów, który z 3000 wzrósł do 18 000 miesięcznie, co przewyższa środki rozporządzalne rządu brazylijskiego i nie dozwala wydążyć szczupłej liczbie urzędników z rozmieszczeniem coraz większej ilości wychodźców po plantacjach lub koloniach rolniczych; z drugiej strony — bardzo niekorzystne wrażenie, jakie wywołali specjalnie wychodźcy polscy, pomiędzy którymi 5000–6000, tj. około 10% należało do szumowin społeczeństwa polskiego i nie chęcią znalezienia korzystnej pracy, lecz gorączką złota jedynie do Brazylii zagnani zostali. P. Prado twierdził, że wszyscy wychodźcy chcący pracować znaleźli mniej lub więcej korzystne pomieszczenie, istnieje wszakże pewna paczka, czyniąca najwięcej wrzawy, która pomimo znacznego popytu na robotnika w plantacjach kawowych uporczywie odmawia wszelkiej roboty i siedzi w największej nędzy w hotelu emigranckim w St. Paulo. Prawdopodobnie skończy się na tym, że ich na okręt spakują i do Europy jako balast nieużyteczny odeślą, nie wiem tylko, czy na ich powrocie wiele zyskamy. Przekonałem się później naocznie, że w słowach p. Prado bardzo wiele, niestety, było prawdy. Od jednego z członków ambasady brazylijskiej słyszałem nadto, iż rząd rzeczypospolitej zamierza powrócić do pierwotnego systemu tworzenia kolonii złożonych z wychodźców jednej narodowości oraz popierać tworzenie się towarzystw i spółek kolonialnych, które by dozwoliły znieść obecne ograniczenie ruchu imigracyjnego, będącego dla kraju obficie uposażonego w olbrzymie niezaludnione obszary bądź co bądź zjawiskiem pożądanym. Z wielu względów najmilej tam widziani są Włosi, najmniej lubiani natomiast Niemcy i Polacy.
20 lipca po południu „Congo” podnosi kotwicę, odpływając na zielone wody Gaskońskiej Zatoki13. Czas w drodze mamy wyjątkowo piękny. Morze aż do znudzenia spokojne i jednostajne. Pasażerów obfitość wielka najrozmaitszego gatunku. Nie brak i nadobnych przedstawicielek gorącej Brazylii i dumnych portennas14 argentyńskich, Murzynów z Senegalu, a nawet podkasana muza francuska w postaci całej trupy operetkowej, udającej się do Rio Janeiro, jest reprezentowana. Mamy starego Holendra, jakby żywcem wykrojonego z obrazu Teniersa15, Szwajcara w przejeździe z Bombaju do Rio Janeiro i przystojnego Anglika z młodziutką i milutką żoną, bardzo ładnie grającą na rozstrojonym fortepianie okrętowym etiudy i nokturny Chopina.
Na nudy nie ma jakoś czasu, a trudno go znaleźć nawet na niezbędną naukę języka portugalskiego. Stanowczo za często rozlega się dzwonek kelnera wzywający do stołu. Zdaje mi się, że na lądzie nikt nie byłby w stanie tyle artykułów spożywczych zniszczyć, co na morzu... Wieczorem dwudziestego pierwszego ukazuje się ląd — niewyraźna smuga wśród mgły — to skaliste wybrzeża Asturii. Przed samym zachodem słońca mijamy bardzo blisko przylądek Finisterre16: ozłocone promieniami zachodzącego słońca, wznoszą się pokaźne góry wprost z lazurowej toni oceanu; bałwany z hukiem, do wystrzałów armatnich podobnym, rozbijają się o granitowe urwiska; na szczytach widnieją obok płatów nagiej, czerwonawej skały — żółtawo-zielone plamy spalonych przez słońce pastwisk górskich. W oddali bieleją śnieżne mury rozrzuconej w malowniczym nieładzie na stoku góry wioski hiszpańskiej z panującą nad nimi dzwonnicą kościółka; zielenią się nieregularne czworoboki pól uprawnych...
Złocista tarcza słoneczna zachodzi i szybko w morzu tonie, rzucając ostatnie skośne promienie na góry i wioski; statek nasz oddala się od brzegu, a uroczy krajobraz mgła sinawa i zmrok zapadający kryją przed oczami naszymi.
Dnia dwudziestego drugiego wieczorem znowu dostrzegamy w oddali wybrzeże. Barwa morza przybiera odcień rozpuszczonej farbki. Mnóstwo statków nas mija; delfiny igrają w pobliżu, połyskując w słońcu mokrymi grzbietami, mewy i petrele szybują za okrętem. Przez mgłę słoneczną widzimy wciąż na wschodzie białawą smugę skalistego wybrzeża Portugalii, na którym przez lunetę rozpoznać można liczne wioski, zielone winnice i sady owocowe.
Ciemno już było, gdyśmy do ujścia Tagu wpłynęli. Po lewej stronie czernieją na skalistej wysepce zębate baszty starożytnej wieży Alcantara, dalej — wzdłuż prawego brzegu rzeki, jak okiem sięgnąć, nieskończony szereg światełek, grupujących się w misterne desenie — to Lizbona.