Po skończonej operacji wędzenia pęki gałęzi układają się na ubitym twardo toku i ubijają cepami, wreszcie pakują do koszów z bambusu, przykrywają liśćmi paproci lub też zaszywają w worki z surowej skóry, włosem na zewnątrz. W tej postaci mate, opakowane w juki po 50 kilogramów wagi, jest gotowe do dalszej ekspedycji. Przewożą je bądź na mułach po 100 kilogramów na zwierzę, bądź wozami frachtowymi, zaprzężonymi w kilkanaście koni lub wołów.

Codziennie liczne bryki krakowskie, powożone przez Niemców rosyjskich znad Wołgi, i karawany mułów jucznych przywożą transporty mate do młynów w Curitibie i okolicy. Tutaj sortują surowy materiał podług barwy na trzy gatunki i każdy z nich oddzielnie przechodzi ponownie przez suszarnię, potem zaś pod szereg pionowych tłoków z bardzo twardego drzewa lub stali, mielących je na delikatną mączkę koloru tabaki i zapachu świeżego siana. Mączka przesiewa się przez przetak, przy czym oddzielają się kawałki drobnych gałązek, zbierane osobno. Do mączki pierwszego gatunku dosypuje się tych gałązek trochę tylko, i to najdrobniejszych, do trzeciego — co najgrubsze okruchy w wielkiej ilości.

Herva (po hiszpańsku yerba) mate pakuje się teraz w beczki lub zaszywa w skórzane juki i wysyła do Montevideo lub Buenos Aires. Yerba z Curitiby przez amatorów tego specjału, o którym pomówimy jeszcze obszerniej w Argentynie, jest wielce ceniona. Wyrób beczek do yerby po półtora milreisa od sztuki jest specjalnością polskich kolonistów z okolicy. Cała beczka mieści w sobie 8 arrobas (120 kilogramów), pół beczki — 4 arroby; 1/4 beczki — 3 arroby158.

Cena produktu surowego na targu w Curitibie wynosi 2 milreisy za arrobę (15 kilo); po przejściu przez engenho, czyli młyn, najlepszy gatunek sprzedają po 5 milreisów za arrobę.

Parana eksportuje hervy najwięcej, bo około 25 000 000 kilogramów rocznie wartości 7–8 000 000 franków. Użytek jej wewnątrz kraju bardzo mały, zmniejsza się z dniem każdym, ustępując krajowej herbacie z Sao Paulo i kawie: jedynym odbiorcą są kraje La Platy159.

Rozdział VI

Emigranci. Niemcy w Curitibie. Zajście w klubie i serenada. Brazylianie i tzw. „polityka”. Liga Ordem e Progresso. P. Carvalho. Odjazd do Palmeiras. Dyliżans brazylijski. Campo Largo. Step brazylijski. San Luis. Palmeiras.

W trzech przytułkach emigranckich Curitiby mieści się w chwili bytności naszej około 2000 wychodźców, prawie wyłącznie Polaków, razem z garstką Włochów, Irlandczyków i Niemców. Ciasnota pomieszczeń przechodzi wszelkie granice, zwłaszcza w „hotelu” nr 3, przeniesionym tutaj z kolonii Thomas Coelho po zalaniu znajdującego się tamże baraku przez powódź. Mamy nerwy już dość zahartowane widokiem ludzkiej biedy, ale czegoś podobnego dotychczas widzieć się nam nie zdarzyło. W zaledwie zbudowanym, niewykończonym budynku, bez drzwi i okien, mogącym pomieścić co najwyżej 250 osób, wtłoczono ich blisko tysiąc, podzieliwszy wnętrze rusztowaniem drewnianym na dwa piętra, gdzie każdej rodzinie wyznaczono cuchnący barłóg, kilka metrów kwadratowych powierzchni mający. Natłoczone to wszystko gorzej aniżeli pod pokładem emigranckiego statku, choć w podobny mniej więcej sposób. W zaduchu i ścisku wybuchł tyfus plamisty160, a umarli, umierający i zdrowi leżą na tym samym barłogu, bez żadnej pomocy znikąd — jedyny bowiem lekarz, Niemiec Meyer, mający powierzony sobie dozór szpitala miejskiego i emigranckich baraków, nie jest w stanie spełniać sumiennie swoich obowiązków, w administracji lekarstw zabrakło, a przeznaczone dla chorych na rosół kury i wino spożywa smacznie z pomocnikami swymi Mulat dozorca Gabriel — szubienicznik, który pomimo ciągłych zażaleń na krzyczące bezprawia przezeń popełniane został usunięty z zajmowanej posady zaledwie w rok po mojej bytności, gdy chwilowo zarząd imigracji dostał się w ręce p. Zaporskiego. Z zapowietrzonego „hotelu” Gabriela codziennie kilka trumien wynoszono... Sprawiedliwość każe przyznać, iż w dwóch innych przytułkach zrobiono co było można, aby złemu zaradzić i wynajęto wreszcie dom prywatny dla pomieszczenia chorych, których procent był znaczny. Grasują najbardziej tyfus brzuszny161, dyzenteria162, szkorbut163 i influenza164, a to bynajmniej nie z winy klimatu, który jest zdrowy, jak dowodzi nadzwyczaj mała śmiertelność i szybki przyrost ludności polskiej w okolicy miasta.

Parę razy na tydzień odjeżdżają wozami partie w głąb lasów, do kolonii w Rio Negro, S. Barbara i S. Matheo, luki jednak pozostałe zapełniają natychmiast nowi przybysze z Pinheiro, gdzie jeszcze około 2000 wychodźców polskich na wysłanie do Curitiby oczekiwało. Dopiero w końcu września ruch ten ustał, gdy ostatnią partię stamtąd wysłano.

Owe Pinheiro, o którym opowiadają wszyscy wychodźcy, jest pierwszą ich stacją na lądzie stałym, położoną w odległości paru godzin koleją od Rio Janeiro w dawnej rezydencji cesarskiej, przerobionej na obszerne i wzorowo urządzone baraki, dokąd emigrantów z północnych krajów, przeznaczonych na kolonie, wprost ze statków przewożą. Włosi natomiast i Hiszpanie, mniej na upały wrażliwi, wylądowują na smutnej pamięci Wyspie Kwiatowej (Ilha das Flores)165, gdzie dawne więzienie przywożonych na targ do Rio niewolników przebudowano na „hotel emigrancki” pierwszorzędny i, jako będący na oku władz wyższych i konsulatów, równie jak Pinheiro wzorowo urządzony. Wielu emigrantów oczekiwało w Pinheiro od 6–8 miesięcy bezczynnie, utrzymywani kosztem rządowym, a w razie choroby leczeni bezpłatnie w szpitalu „Misericordia” w Rio Janeiro.