28 lipca po pięciodniowej żegludze dostrzegamy ku wieczorowi na widnokręgu kopułowaty cypel na wybrzeżach Senegalu21. Wszystko, co żyje, wylega na pokład. Wieczór przecudny, słońce jaskrawo oświetla strugami złotawych promieni nagie czarne urwiska bazaltowe, połupane jakby w drzazgi na prawidłowe22 snopy słupów kamiennych, które raz wystrzelają pionowo w górę, tworząc zębatą bronę, to znów rozchodzą się w kształcie olbrzymiego wachlarza, rozszczepionego u szczytu skały w tysiące pojedynczych iglic; to wreszcie leżą poziomo, tworząc niebezpieczną rafę, o którą z hukiem się rozbijają lazurowe bałwany. Z daleka już widać, iż strona zachodnia skał wszystkich jest białej barwy od nagromadzonych mas ptasiego guana, a na każdej literalnie iglicy bazaltowej świecą białe punkciki, zrywające się ciężko do lotu za nadejściem statku: to głuptaki (Sula), milionami zaludniające puste wysepki przy wejściu do zatoki Dakaru. Mnóstwo niezliczone czarnych burzyków (Procellaria glacialis)23, z lotu i ruchów do jaskółek podobnych, ugania się za okrętem, polując na wyrzucane z kuchni odpadki.

Mijamy skalisty cypel i na prawo przed nami bieleje w słońcu mała bazaltowa wysepka Gorée, zabudowana gęsto przez wille zamożnych mieszkańców europejskiej dzielnicy, z małym fortem na szczycie najwyższej skały. Na lewo, w głębi obszernej zatoki, na brzegu wznoszącym się na kształt amfiteatru, rozrzucone w malowniczym nieładzie miasteczko Dakar, główny port francuskiego Senegalu.

Koszary, hotele, szpital, kasyno, magazyny, dworzec kolei do St. Louis24, kilkanaście domów prywatnych, rozrzuconych na znacznej przestrzeni, otoczonych skąpą zielenią mozolnie wyhodowanych na jałowym i spieczonym gruncie palm, baobabów i akacji — oto cała dzielnica europejska. Wschodnią połowę Dakaru, przedzieloną od europejskiego miasta szeroką aleją, tworzy wioska murzyńska: nagromadzenie walcowatych szałasów z stożkowym dachem słomianym, podobnych do ulów, ogrodzonych parkanem z trzciny, mat lub starych klepek. Z rzadka samotny baobab, świecący z dala białymi kielichami swoich długich, lejkowatych kwiatów, suchotnicza palma daktylowa lub smutnie potrząsający poszarpanymi na strzępki liśćmi banan. Roślinność tutaj bardzo uboga, z wielkim mozołem wyprodukowana przez Francuzów na niewdzięcznej, piaszczystej glebie.

Dzielnica murzyńska liczy około 6000 mieszkańców, utrzymujących się przeważnie z żebraniny. Europejczyków mieszka w Dakarze 500.

Przy jednej z szerokich alei przecinających miasto murzyńskie widnieje szałas nieco porządniejszy od innych, sklecony z desek i kryty dachówką — to pałac Dial-Diop, króla Dakaru, pokazującego się ciekawym za opłatą jednego franka25 od osoby, co łącznie z 600 frankami pensji wypłacanej przez rząd francuski idzie na utrzymanie haremu i dworu. Nie zastaliśmy jego królewskiej mości w domu — wzorem bowiem królów biblijnych doszedł osobiście wydoić swoje krowy, z obawy, aby mu który z ministrów mleka nie ukradł. Honory domu robią nam dwie żony królewskie, zalotnie udrapowane w błękitne burnusy26 i białe zawoje, z włosami zaplecionymi w niezliczoną ilość cienkich warkoczyków, bransoletami na rękach i nogach, obutych w żółte marokańskie pantofle, i wcale przystojna jak na Murzynkę córka. Fotografię królewny udało mi się nieznacznie podczas rozmowy pochwycić.

Wnętrze pałacu, mającego kilka metrów kwadratowych powierzchni i dwoje drzwi matami przysłoniętych, lecz pozbawionego okien, zajmują dwa tapczany, kilimkami przykryte; na ścianach trochę naczyń z tykwy, nożów i stara strzelba stanowią całkowite umeblowanie pałacu. W szałasach zwykłych czarnych śmiertelników, ciaśniejszych nieco, toż samo umeblowanie bez kilimków i strzelby, dwa tapczany matami trzcinowymi pokryte, garnki na ścianie i amulet z zęba rekina lub innego skutecznego na czary środka nad wejściem.

W dzielnicy europejskiej czarni podlegają pewnemu rygorowi zewnętrznemu. Na ulicach panuje wyłącznie język francuski; snują się obok udrapowanych w niebieskie lub białe burnusy Murzynów, płócienne kaski urzędników białych i czerwone kurtki spahisów27. Na rynku, ocienionym kilkunastu drzewami, panuje wrzawa niesłychana, a malownicze gromadki czarnych przekupniów, żebraków i włóczęgów przedstawiają wielką pokusę dla amatorów-fotografów, jakich posiadamy kilku na pokładzie „Congo”. Sam kapitan w asystencji ober-stewarda28 dźwigającego olbrzymią torbę z aparatem fotograficznym daje przykład; obok ustawił się jakiś inżynier belgijski z wielkim trójnogiem, dalej Łaźniewski ze swoim aparatem. Pomimo jednak próśb, gróźb, obietnic pieniężnych i kijów, hojnie rozdzielanych przez murzyńskich przewodników na wszystkie strony, nie otrzymano rezultatów żadnych. Instynktowna obawa przed portretowaniem, wspólna wszystkim ludom pierwotnym, sprawiała, iż najpiękniej ugrupowane przekupki zmykały w popłochu, skoro tylko ujrzały wymierzoną ku sobie lufę aparatu, a gdy się jakie zdjęcie momentalne nawet udało wykonać, niewątpliwie w chwili stanowczej przed samą soczewką znalazła się kędzierzawa czupryna lub ciekawy nos o pięknie hebanowym połysku, zakrywający cały widok. Ja tylko jeden, zaopatrzony w niezwracającą uwagi małą kamerę ręczną Stirna, którą najgoręcej wszystkim podróżnikom zalecić mogę, zdołałem uchwycić kilka typów ciekawszych.

Jeżeli część miasta europejska ma już wygląd wysoce egzotyczny, to dzielnica murzyńska przenosi nas od razu w głąb Czarnego Lądu. Przed drzwiami szałasów Murzynki, zupełnie nagie, nawet bez klasycznej przepaski na biodrach, nakładanej, jak się zdaje, tylko przy wyjściu na ulicę, lecz natomiast ze srebrnymi bransoletami na rękach i nogach, mielą w pierwotnej konstrukcji żarnach kształtu wielkiego moździerza mais29 lub proso; po ulicach snują się udrapowane w barwne burnusy arabskie postacie mężczyzn, włóczących się bez zajęcia i wyciągających co chwila rękę do przechodnia europejskiego z nieodmiennym „Monsieur, donnez moi quelque chose!30 — zupełnie jak neapolitańskie „Date mi un soldo!31. Miejscowi Francuzi pozbywają się natrętów bez ceremonii kijem, chociaż to przyzwyczajonych do bata Murzynów bynajmniej nie zraża, częstokroć obici natrętniejszymi się jeszcze stają.

Kobiety snują się po ulicy z dziećmi na plecach, wyglądającymi z zarzuconej chusty jak małe małpiątka; głowę trefią na sposób abisyński32 w mnóstwo drobnych warkoczyków, przypominających uczesanie głowy na hieroglifach egipskich.

Gdzieniegdzie, lecz tylko u mężczyzn, ślad cywilizacji europejskiej: stary tużurek33 włożony na gołe ciało, lub kurtka czerwona spahisa na arabskim burnusie; cylinder dziurawy zamiast fezu34 lub kamasze zamiast żółtych pantofli arabskich. Pominąwszy ten nieunikniony w portowym mieście wpływ Europy, objawiający się w dziwacznej kombinacji nagiego ciała z cylindrem lub zawoju z watowanym paltotem35 włożonym na gołe ciało, przeważa wszędzie błękitny lub biały burnus arabski. Wszyscy uwieszani amuletami przeróżnego rodzaju, ze skóry, kości lub drzewa. Mimo wielkiej wiary w skuteczność swoich gri-gri sprzedają je chętnie cudzoziemcom, stawiąc jednak zwykle dość wygórowane żądania. Lud w ogóle krzepki i rosły, niebrzydki, o ile typ Murzyna w oczach naszych piękny być może. Cywilizacja zachodu dostaje się do nich dość podejrzaną drogą, bo przeważnie za pośrednictwem żołnierzy załogi, odgrywającej w armii francuskiej rolę batalionów poprawczych.