W nocy z 8 na 9 grudnia Harbert zaczął jeszcze silniej majaczyć. Wątroba była okropnie nabrzmiała, mózg zaatakowany i chłopiec nie poznawał już nikogo.

Czy dożyje następnego dnia i trzeciego ataku, który go na pewno zabije? Było to mało prawdopodobne. Jego siły zupełnie się wyczerpały, a w przerwach między atakami leżał jak martwy.

Około trzeciej nad ranem Harbert krzyknął przejmująco. Wydawało się, że się wije w ostatecznych konwulsjach. Nab, który był wtedy przy nim, w przerażeniu wpadł do sąsiedniego pokoju, gdzie czuwali pozostali towarzysze.

W tej samej chwili Top dziwnie zaszczekał.

Koloniści natychmiast wbiegli do pokoju i ledwo zdołali utrzymać konającego młodzieńca, który chciał wyskoczyć z łóżka. Gedeon Spilett, wziąwszy go za rękę, poczuł, że puls staje się coraz słabszy.

Była piąta rano. Promienie wschodzącego słońca zaczynały oświetlać pokoje Granitowego Pałacu. Zapowiadał się piękny dzień, a miał być ostatnim dniem dla biednego Harberta...

Promień słońca padł na stolik stojący przy łóżku.

Nagle Pencroff krzyknął i wskazał ręką jakiś przedmiot leżący na stoliku.

Było to podłużne pudełeczko, na którego pokrywce widniał napis:

Siarczan chininy.