— Otóż to właśnie. Wielkość łuku, zakreślonego przez ściany „Great Easternu” wynosi czterdzieści stopni, dwadzieścia pod poziomem, a dwadzieścia nad poziomem.
— Doprawdy — zawołałem śmiejąc się — nie ze spostrzeżenia, tylko z położenia, w jakiem one były zrobione.
— Tak jest — powtórzył doktór. — Podczas kołysania się szybkość ścian wynosi jeden metr, siedemset czterdzieści cztery millometrów na sekundę. Okręt za atlantycki który jest o połowę węższy, w tem właśnie czasie przeważa się z jednego boku na drugi.
— A więc — odrzekłem — ponieważ „Great Eastern”, wraca tak prędko do położenia prostopadłego, jest to skutkiem zbyt wielkiej nieruchomości.
— A tak, dla okrętu, lecz nie dla jego pasażerów — przerwał wesoło doktór Pitferge — gdyż oni jak pan widzisz, powracają do poziomu i to prędzej niżby chcieli.
Doktór zachwycony swą odpowiedzią, podniósł się, a potem wzajemnie się podpierając doszliśmy przecie do ławek na najwyższym piętrze w tyle okrętu urządzonych. Dean Pitferge wyszedł cało podrapawszy się tylko w kilku miejscach, winszowałem mu tego, bo mógł sobie głowę rozbić.
— O! na tem nie koniec! — odpowiedział — wkrótce mieć będziemy klęskę.
— My?
— Parostatek, a zatem, ja, my i wszyscy pasażerowie.
— Jeżeli pan mówisz bez żartów — zapytałem — dla czego wsiadłeś pan na okręt?