— Skądże to pytanie?
— Gdyż uważałem, że wiele osób nie wierzących w Boga, wierzą zresztą we wszystko, nawet w złe oko.
— Żartuj pan — odpowiedział doktór — lecz pozwólże mi dalej ciągnąć moje dowodzenie.
„Great Eastern” zrujnował już kilka spółek handlowych. Zbudowany dla przewożenia emigrantów i handlu towarami w Australii, nigdy nie był w Australii. Obrachowany dla nadania szybkości większej, niż mają statki za oceanem, nie dorównał im wcale.
— Z tego — rzekłem — można wnosić!...
— Czekaj pan — odrzekł doktór. — Już utonął jeden z kapitanów „Great Easternu”, a byłto jeden z najzdolniejszych gdyż trzymając go prawie na wprost fal, umiał uniknąć tego nieznośnego kołysania z boku na bok.
— A więc! trzeba żałować straty tego zdolnego człowieka i nic więcej.
— Potem — odparł Dean Pitferge, nie zważając na moje niedowiarstwo — opowiadają różne historyje o tym parostatku. Mówią, że jednego z pasażerów, co zbłądził w jego głębokościach, jak pijonier w lasach Ameryki, nie można było nigdy wynaleść.
— Ach! — powiedziałem ironicznie — otóż i dowód!
— Opowiadają także — znów przerwał doktór — że przy urządzeniu kotłów, jeden mechanik został wepchniętym, przez nieostrożność w skrzynkę z parą.