Z nadejściem nocy burza wzmogła się jeszcze. John Bunsby, widząc ogarniającą morze ciemność, zaniepokoił się mocno. Zastanawiał się, czy nie czas przerwać żeglugę. Poradziwszy się swej załogi, zwrócił się następnie do pana Fogga i rzekł:

— Sądzę, wielmożny panie, że dobrze byłoby zawinąć do któregoś z portów na wybrzeżu.

— Ja też tak myślę — odparł pan Fogg.

— A — rzekł sternik. — A więc do którego?

— Ja znam tylko jeden — odparł pan Fogg.

— A jest nim?...

— Szanghaj.

Sternik nie pojął w pierwszej chwili, co miała znaczyć ta odpowiedź, lecz namyśliwszy się, wykrzyknął:

— A więc dobrze, wielmożny pan ma słuszność. Do Szanghaju!

I statek utrzymał kurs na północ.