— To wielki zaszczyt widzieć dżentelmena, któremu się tyle zawdzięcza, a będąc wezwanym do Europy, byłbym zachwycony, gdybym mógł dalszą podróż odbywać w tak miłym towarzystwie.
Pan Fogg odpowiedział, że cały zaszczyt jest po jego stronie, a Fix, nie chcąc go stracić z oczu, poprosił o pozwolenie towarzyszenia mu w ciekawej przechadzce po mieście. Propozycja została przyjęta.
Widzimy więc pana Fogga, panią Aoudę i Fixa spacerujących po ulicach. Znaleźli się niebawem przy Montgommery Street, gdzie roiło się od tłumów.
Na chodnikach, między szynami tramwaju, pomimo ciągłego ruchu dorożek i omnibusów, na progach sklepów, w oknach wszystkich domów, a nawet na wszystkich dachach tłumy były niezliczone. Ludzie-afisze kręcili się między grupami. Flagi powiewały w powietrzu. Zewsząd rozlegały się okrzyki:
— Hurra! Kamerfield!
— Hurra! Mandiboy!
Był to „mityng”72, tak przynajmniej sądził Fix i swoją myśl przekazał panu Foggowi, dodając:
— Może lepiej odsuńmy się od tego tłumu, proszę pana. Można tylko oberwać.
— W rzeczy samej — odparł pan Fogg. — Ciosy kułakiem, nawet jeśli polityczne, są zawsze ciosami kułakiem.
Fix uśmiechnął się na tę uwagę, a nasi znajomi, chcąc widzieć, nie wmieszawszy się w tłum, zajęli miejsca na schodach prowadzących na taras położony nad Montgommery Street. Przed nimi, po drugiej stronie ulicy, między sklepem z węglami a składem z naftą, znajdowało się biuro, którego drzwi stały otworem i do którego zewsząd napływały tłumy.