— Ależ, kapitanie!...

— Co do mnie, spotykałem ich wszędzie.

— Więc jeśli pan nie chcesz przyjąć ich na pokładzie „Nautilusa”, to trzeba przedsięwziąć pewne środki ostrożności.

— Uspokój się pan, panie profesorze, nie ma się o co kłopotać.

— Ale jest ich porządna gromada.

— A iluż mniej więcej?

— Najmniej stu.

— Panie Arronax — rzekł kapitan Nemo, kładąc znów palec na klawisze — niech się tu zbiegną wszyscy krajowcy Papuazji! „Nautilus” się ich nie obawia.

Palce kapitana zaczęły przebiegać klawisze, ale uważałem, że dotykał tylko czarnych, co dawało melodii bardzo wydatny charakter szkocki. Zapomniał o mojej obecności, a ja także nie miałem zamiaru rozpraszać jego marzeń.

Wyszedłem na pokład. Noc już zapadła, bo pod tą szerokością słońce zachodzi bez zmierzchu. Wyspa Gueboroar przedstawiała się jak za mgłą — a liczne ognie, rozpalone na brzegu, wskazywały, że dzicy nie myśleli się oddalić.