Tymczasem Ned Land ciągle patrzył, a oczy jego pożądliwie połyskiwały na widok tego zwierzęcia. Ręka zdawała się być gotową do wyrzucenia harpuna. Rzekłbyś, iż czeka tylko chwili stosownej, by rzucić się w morze i uderzyć na zwierza w jego żywiole.
— Ach, panie — rzekł głosem drżącym ze wzruszenia — nigdy w życiu moim nie zabijałem jeszcze „tego”.
W tym wyrazie tkwił cały oszczepnik.
Kapitan Nemo ukazał się w tej chwili na platformie. I on spostrzegł diugonia, a zrozumiawszy postawę Kanadyjczyka, odezwał się wprost do niego:
— Mości Land, gdybyś teraz trzymał harpun, pewnie by ci palił rękę?
— Bez najmniejszej wątpliwości, panie kapitanie.
— I nie gniewałbyś się, gdybyś mógł na jeden dzień znowu zostać oszczepnikiem i dołączyć tego morskiego zwierza do tylu innych, któreś już zabił?
— Wcale bym się nie gniewał.
— To możesz spróbować.
— Dziękuję, panie kapitanie — odpowiedział Ned Land, któremu oczy zapałały.