— Głupiemu to powiedz, panie profesorze — powtórzył uparty Kanadyjczyk.

— Ależ, mój kochany — reflektował go Conseil — skoro mój pan tak twierdzi, to trzeba mojemu panu wierzyć.

— Zresztą, Ned, kapitan Nemo był tak grzeczny, że osobiście pokazywał mi swój tunel i byłem przy nim w klatce sternika, podczas gdy sam kierował „Nautilusem” w tym wąskim przesmyku.

— A co, Ned, słyszysz, co mój pan mówi?

— Mając tak dobre oczy, mój Nedzie — dodałem — możesz zobaczyć bulwary Port-Saidu, ciągnące się wzdłuż morza.

Kanadyjczyk patrzył z uwagą.

— A niechże go nie znam, waszego kapitana! — zawołał nagle. — Masz słuszność, panie profesorze, jesteśmy na Morzu Śródziemnym. Niech go licho!... Tym ci lepiej zresztą. Pogadajmyż teraz, panie, o naszych drobnych interesach, ale tak, żeby nas nikt nie słyszał.

Zrozumiałem zaraz, ku czemu zmierzał Kanadyjczyk. „W każdym razie — pomyślałem sobie — lepiej będzie pogadać z nim, skoro tego żądał” — i wszyscy trzej usiedliśmy przy latarni, gdzie byliśmy wystawieni na wilgotne bryzgi bałwanów.

— A teraz, Ned, słuchamy cię — rzekłem. — Cóżeś nam miał powiedzieć?

— Rzecz bardzo prostą — odrzekł Kanadyjczyk. — Jesteśmy teraz w Europie i nie czekając, aż spodoba się kapitanowi Nemo zawlec nas na morza biegunowe lub zaciągnąć znów do Oceanii, wolę pożegnać się z „Nautilusem”.