Tymczasem dopiero o ósmej rano przybyłem do salonu. Z manometru widziałem, że „Nautilus” był na powierzchni, a zewnątrz słychać było183 chodzenie. Nie było jednak słychać ani czuć kołysania się fal wodnych.
Podszedłem do okna. Było odsłonięte, ale zamiast jasnego dnia, jak się spodziewałem, ciemność otaczała statek. Co to znaczy? Czyżby to jeszcze była noc? Bynajmniej! Ani jednej gwiazdy nie mogłem dostrzec — a wreszcie noc nie bywa tak niezmiernie ciemna. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, gdy jakiś głos się odezwał:
— To pan, panie profesorze?
— A! To kapitan Nemo — odpowiedziałem. — Gdzie my jesteśmy?
— Pod ziemią, panie profesorze.
— Pod ziemią? A „Nautilus” jest na wodzie?
— Naturalnie, że na wodzie.
— Nic z tego nie rozumiem.
— Poczekaj pan trochę; zaraz zapalę latarnię, a jeśli pan lubisz widzieć rzeczy jasno, to będziesz zadowolony.
Wyszedłem na platformę i czekałem. Tak było ciemno, żem nie widział nawet kapitana. Jednak patrząc na zenit, tuż nad moją głową dostrzegłem coś jakby niepewną światłość szarą, rysującą się w jakimś otworze okrągłym. Gdy zapalono latarnię, ów cień jaśniejszy przestał być widzialny.