Spotkaliśmy silne smokowce (dracena), rozpierające skałę żylastymi swymi korzeniami, gdy Ned Land zawołał:

— Panie, panie! Ul!

— Co, ul? — zawołałem z niedowierzaniem.

— Tak jest, ul. Pszczoły brzęczą naokoło.

Zbliżyłem się i przekonałem się, że tak jest istotnie. Przy otworze w pniu smokowca widniało kilka tysięcy tych przemyślnych owadów, znajdujących się wszędzie na Wyspach Kanaryjskich.

Ani wątpić należało, że Kanadyjczyk zapragnie zrobić sobie zapas miodu, a nie przystało mi opierać się temu. Zebrał więc nieco suchych liści, posypał je siarką, zapalił i jął podkurzać pszczoły. Brzęczenie ich ustało wkrótce, a Ned wydobył kilka funtów miodu i schował do sakwy.

— Zaprawię tym miodem ciasto z drzewa chlebowego, a zobaczycie, co to będzie za przysmak.

— Będzie to po prostu piernik — rzekł Conseil.

— Piernik nie piernik, a my idźmy dalej! — zawołałem.

Z niektórych załamów ścieżki, którą postępowaliśmy, można było widzieć całe jezioro: latarnia „Nautilusa” oświetlała całą tę przestrzeń wodną, na której ni fali, ni zmarszczki nawet nie było. Statek nasz stał najdoskonalej nieruchomo. Na jego powierzchni i na pobrzeżu poruszali się ludzie osady jak czarne cienie na tle świetlnej atmosfery.