Źle spałem w nocy. Obawa i nadzieja wzruszały mnie na przemian. Około trzeciej z rana spostrzegłem, że spodnia powierzchnia ławicy znajduje się już tylko na głębokości 50 metrów. Zaledwie 150 stóp dzieliło nas od powierzchni morza. Góry lodowe zamieniały się w pole lodowe, w równinę.
Od tej chwili nie odrywałem wzroku od manometru. Płynęliśmy w głębokości coraz mniejszej, pod błyszczącą od światła naszej latarni spodnią powierzchnią lodu. Co mila grubość ławicy zmniejszała się ukośnie w górę. Nareszcie o szóstej z rana w pamiętnym dla mnie zawsze dniu 19 marca otworzyły się drzwi salonu i wszedł kapitan Nemo.
— Wolne morze! — zawołał.
Biegun południowy
Tak, morze wolne! Zaledwie gdzieniegdzie kilka kawałków kry, kilka ruchomych lodowców, w dali rozległe morze, świat ptasząt w powietrzu, krocie ryb w wodzie przybierającej stosownie do dnia mocno błękitny lub oliwkowozielony kolor. Termometr Celsjusza wskazywał trzy stopnie powyżej zera. Było to jakby względną wiosną zapartą poza tym lodowiskiem, którego kształty rysowały się na północnym widnokręgu.
— Jesteśmy przy biegunie? — zapytałem kapitana z bijącym sercem.
— Nie wiem — odpowiedział. — W południe oznaczę położenie statku.
— Czy słońce pokaże się przez te mgły? — rzekłem, spoglądając na szarawe niebo.
— Wystarczy mi, jeżeli ukaże się choć cokolwiek — odpowiedział kapitan.
W odległości dziesięciu mil morskich od „Nautilusa” wznosiła się w południowej stronie samotna wysepka na wysokości dwustu metrów. Zmierzaliśmy ku niej, lecz ostrożnie, bo morze to mogło być usiane skałami.