— Jest w swoim prawie.
— Nie przeczę.
O dwie mile dalej przeciął nam drogę przylądek osłaniający zatokę od południowych wiatrów. Schodził prostopadle w morze i okryty był pianą fal rozbijających się o niego. Poza nim rozlegały się straszliwe ryki, jakby stada przeżuwających.
— Brawo — odezwał się Conseil — koncert byków.
— Nie — odrzekłem — to koncert morsów.
— Biją się?
— Biją się albo igrają.
— Jeżeli pan pozwoli, trzeba by to zobaczyć.
— Trzeba zobaczyć, Conseil.
I zaczęliśmy wdzierać się na czarniawe skały, wśród nieprzewidzianych zawałów, po kamieniach oślizgłych od lodu. Nieraz staczałem się, tłukąc sobie boki. Conseil, ostrożniejszy i mocniejszy w nogach, ani się zachwiał — i podnosił mnie, mówiąc: „Gdyby pan był łaskaw szerzej stąpać, to by pan mógł utrzymać lepszą równowagę”.