Wówczas klapy na szybach salonu zamknęły się. Trzymaliśmy wciąż dłonie na oczach przenikniętych zupełnie tymi współśrodkowymi światełkami, które krążą przed siatkówką, gdy promienie słoneczne zbyt silnie w nią uderzą. Potrzeba było pewnego czasu, by uśmierzyć wzburzenie naszego wzroku.

Na koniec opuściliśmy ręce.

— Dalibóg, nie byłbym nigdy temu uwierzył — rzekł Conseil.

— A ja dotąd nie wierzę — odparł Kanadyjczyk.

— Gdy powrócimy na ziemię — dodał Conseil — rozpieszczeni tylu cudami natury, cóż wtedy pomyślimy o tych nędznych lądach i drobnych dziełach, które wyszły z ręki człowieka? Nie, świat zamieszkany nie jest nas godzien.

Podobne wyrazy w ustach obojętnego Flamandczyka wskazują, do jakiego stopnia doszedł nasz zapał. Ale Kanadyjczyk nie zaniedbał rzucić nań kroplę zimnej wody.

— Świat zamieszkany! — rzekł, wstrząsając głową. — Bądź spokojny, przyjacielu Conseil, nie wrócimy do niego.

Była wówczas godzina piąta rano. W tej chwili na przodzie „Nautilusa” nastąpiło nowe wstrząśnienie. Domyśliłem się, że ostroga jego musiała uderzyć o bryłę lodu, wskutek zapewne fałszywego obrotu, albowiem ten tunel podmorski zawalony krami niełatwy był do żeglugi. Sądziłem więc, że kapitan Nemo, zmieniając kierunek, okrąży owe zawady albo przesuwać się będzie krętymi przesmykami tunelu. W każdym razie pochód naprzód nie mógł być całkiem zatamowany. Tymczasem wbrew memu oczekiwaniu „Nautilus” zrobił silny ruch wsteczny.

— Cofamy się? — rzekł Conseil.

— Tak — odpowiedziałem — zapewne z tej strony tunel jest bez wyjścia.