O dziesiątej wieczorem całe niebo było w ogniu. Atmosferę przerzynały wciąż gwałtowne błyskawice. Nie mogłem znieść ich blasku, gdy tymczasem kapitan Nemo, wpatrując się w nie z upodobaniem, zdawał się wciągać w siebie ducha burzy. Straszliwy łoskot napełniał powietrze, łoskot złożony z ryku druzgotanych bałwanów, szumu wichru, huku piorunów. Wiatr szalał na wszystkich punktach widnokręgu, bo huragan ciągnący ze wschodu powracał tam, przechodząc przez północ, zachód i południe w kierunku odwrotnym burz wirowych półkuli południowej.

Ach! Ten Golf-Stream! Usprawiedliwiał zupełnie swą nazwę króla burz! On to tworzy owe straszliwe huragany wynikające wskutek różnicy temperatury warstw powietrza ułożonych nad jego nurtami.

Po deszczu nastąpiła ulewa ognista. Krople wody zamieniły się w piorunujące kiście. Rzekłbyś, że kapitan Nemo, szukając godnej siebie śmierci, pragnął być rażony gromem. Przy gwałtownym przechyleniu się z tyłu na przód „Nautilus” podniósł w powietrze swoją stalową ostrogę niby strzałę piorunochronu i widziałem, jak z niej tryskały błyskawice niezliczone.

Rozbity, wycieńczony, przyczołgałem się do klapy. Otworzyłem ją i zeszedłem do salonu. Burza dosięgła wówczas najwyższego stopnia natężenia. Niepodobna było utrzymać się na pokładzie „Nautilusa”.

Kapitan Nemo wrócił około północy. Słyszałem, jak zbiorniki zaczęły napełniać się wodą i „Nautilus” zanurzał się z wolna pod fale.

Przez odsłonięte szyby salonu widziałem popłoszone wielkie ryby przesuwające się jak cienie w gorącej wodzie. Niektóre z nich zostały w mych oczach rażone piorunem.

„Nautilus” opuszczał się ciągle. Myślałem, że znajdzie spokojność w głębokości piętnastu metrów. Nie. Górne warstwy były zbyt gwałtownie wzburzone. Trzeba było szukać spoczynku aż na głębokości pięćdziesięciu metrów w otchłani morza.

Ale tam, co za spokój, co za cisza, co za środowisko bezpieczne! Kto by powiedział, że straszliwy huragan szalał podówczas na powierzchni oceanu?

Pod 47° 24’ szerokości i 17° 28’ długości

Wskutek tej burzy zostaliśmy odrzuceni na wschód. Wszelka nadzieja ucieczki do przystani Nowego Jorku lub Św. Wawrzyńca zniknęła. Biedny Ned, zrozpaczony, oddał się, jak kapitan Nemo, zupełnej samotności. Conseil i ja nie rozłączaliśmy się ani na chwilę.