— To „Mściciel”! — zawołałem.

— Tak, panie! „Mściciel”! Piękne nazwisko! — wyszeptał kapitan Nemo, krzyżując ręce na piersiach.

Hekatomba

Sposób zimny zrazu, a potem gorączkowy, w jaki kapitan opowiadał historię patriotycznego statku, niespodziewana scena, której byłem świadkiem, ta nazwa „Mściciel”, której znaczenia nie mogłem nie pojmować, wszystko to głęboko przeniknęło mój umysł. Nie spuszczałem oczu z kapitana. Wyciągnął ręce ku morzu i rozpromienionym wzrokiem przypatrywał się kadłubowi chwalebnego okrętu. Być może, żem się nigdy dowiedzieć nie miał, kim jest ten kapitan Nemo, skąd pochodzi i do czego dąży — ale widziałem w nim coraz więcej człowieka obok uczonego. On i jego towarzysze zamknęli się w „Nautilusie” nie jako zwyczajne odludki, ale jako ludzie pielęgnujący uczucie potwornej, a jednak podniosłej nienawiści, której czas nie mógł osłabić. Czy ta nienawiść czyhała jeszcze na sposobność wywarcia zemsty? Niedaleka przyszłość miała na to pytanie odpowiedzieć.

„Nautilus” uniósł się z wolna ku powierzchni morza; kształty „Mściciela” zacierały się coraz bardziej dla oka i wkrótce lekkie kołysanie się było znakiem, żeśmy wypłynęli już zupełnie na powierzchnię morza.

W tej chwili dał się słyszeć głuchy odgłos. Spojrzałem na kapitana — ani się ruszył.

— Kapitanie! — zawołałem.

Nie odpowiedział ani słówka.

Opuściłem go więc i wyszedłem na wierzch statku; Conseil i Kanadyjczyk już tam byli.

— Co to za łoskot? — zapytałem.