— Obiadu? Powiedz raczej śniadania, mój zacny przyjacielu, bo o ile miarkuję, wczoraj już minęło.

— Co by nas przekonywało — wtrącił Conseil — że spaliśmy dwadzieścia cztery godziny.

— I mnie się tak zdaje — odpowiedziałem.

— O to się spierać nie myślę — odrzekł Ned Land. — Wszystko jedno, czy obiad, czy też śniadanie... Mógłby je już przynieść sługa okrętowy.

— Mógłby przynieść jedno i drugie razem — dodał Conseil.

— Tak jest — wtrącił Kanadyjczyk — mamy prawo do dwóch jedzeń i co do mnie, zaręczam, że dam im radę.

— Czekajmy — odpowiedziałem. — Widocznie nie mają tu zamiaru głodem nas zamorzyć, bo po co by nam dawali wczoraj obiad.

— Czy tylko nie mają zamiaru nas utuczyć — zauważył Ned.

— Ale gdzież tam — odrzekłem — nie wpadliśmy przecież w ręce ludożercy.

— Z jednego zdarzenia sądzić nie można — rzekł Kanadyjczyk całkiem serio. — Kto wie, czy ci ludzie nie są od dawna pozbawieni świeżego mięsa; a w takim razie trzy zdrowe i dobrze zbudowane indywidua jak pan profesor, jego służący i ja...