Towarzysze nie mogli powstrzymali okrzyku trwogi. Naokoło mędrca czatowała liczna gromada krokodylów wzniesionych nad wodę paszczami, a on nawet nie przeczuwał ich obecności. Żarłoczne gady podsuwały się z wolna i mogły go lada chwila pochwycić.
— Śpieszmy się — szepnął strzelec — nie rozumiem, na co jeszcze krokodyle czekają.
— Czekają zapewne aż skruszeje — zauważył sir John Murray, robiąc aluzję do spostrzeżeń krajowców, którzy twierdzą, że gady te nie lubią świeżego mięsa.
Buszmen i John zalecili towarzyszom, aby na nich zaczekali w miejscu, dopóki sami nie obejdą jeziora i nie dostaną się do wąskiego przesmyku, którym mogą dojść do Palandra.
Nie uszli jeszcze stu kroków, gdy krokodyle, opuszczając głębie, zaczęły wyłazić na ląd, idąc prosto ku swej zdobyczy. Uczony nic nie widział. Oczy jego nie opuszczały tabliczki, a ręka wciąż coś na nich kreśliła.
— Oko pewne, krew zimna, inaczej zginął — szepnął strzelec sir Johnowi.
Obydwaj przyklękli, a wycelowawszy do poczwar najbliższych Palandra, dali ognia. Dwa strzały huknęły i dwa jaszczury ze zgruchotanym kręgiem pacierzowym runęły w wodę, reszta w mgnieniu oka pogrążyła się w głębiach.
Na huk broni palnej Palander na koniec podniósł głowę, poznał swych towarzyszy i pobiegł ku nim, wywijając tabliczką.
— Znalazłem, znalazłem! Mam! mam! — wołał tryumfującym głosem.
— Cóżeś to znalazł, panie Palander? — zapytał go John.