Gwizd nie ustawał. Znać komenderujący dawał sygnał oczekującym przy wodospadzie o przybyciu statku.
Myśliwiec na to hasło odpowiedział wystrzałem ze sztucera, którego huk powtórzyły kilkakrotnie nadbrzeżne skały.
Statek ukazał się wreszcie. Obydwóch oczekujących spostrzeżono. Na znak dany przez astronoma statek, skierowany ku lewemu brzegowi, przybił do lądu. Myśliwiec pochwycił wyrzuconą linę i przymocował do drzewa.
W tej chwili człowiek wysokiego wzrostu wyskoczył lekko na brzeg, zwrócił się ku Williamowi, reszta załogi także wysiadła na ląd. William Emery poszedł naprzeciw wysiadającego i zagadnął:
— Pan pułkownik Everest?
— Pan William Emery?
Młody astronom i kolega jego z obserwatorium w Greenwich powitali się, podając sobie ręce.
— Panowie — rzekł pułkownik, zwracając się do swych towarzyszy — pozwólcie sobie przedstawić szanownego Williama Emery’ego z obserwatorium w Capetown, który był łaskaw oczekiwać nas przy wodospadzie Morgheda.
Czterech podróżnych otaczających pułkownika powitało kolejno Emery’ego, a następnie z angielską flegmą Everest oficjalnie prezentował swych towarzyszów Williamowi.
— Panie Emery, oto rodak twój, sir John Murray z Devonshire; pan Mateusz Strux, astronom z Pułkowa23, pan Mikołaj Palander z obserwatorium w Helsingforsie24 i pan Michał Zorn, z obserwatorium w Kijowie, trzech uczonych rosyjskich reprezentujących rząd cara w naszej międzynarodowej komisji.