Obudziły go jakieś cieniutkie głosy. Usiadł na mchu i ogromnie się zdziwił. Przed nim stał długi, długi szereg mrówek. Pierwsza kiwnęła mu nisko różkami i tak przemówiła:
— O, wspaniały, o, mądry! O, dobrotliwy nasz panie! Dzięki ci!
— Dzięki ci! — wtórowały mrówki chórem.
— Czego chcecie ode mnie? — przestraszył się Cudaczek.
— Posłuchaj, dobry panie! Żyliśmy w ciągłym strachu. Potwór schowany w piasku, straszna larwa mrówkolwa, urządził pułapkę pod naszym miastem. Co dnia ginęły w niej nasze pracowite robotnice.
— Ooo! — zapłakał chór mrówek.
— Tyś go zwyciężył, wspaniały, dobry panie! Pułapka jest pusta. Potwór wyprowadził się. Dziękujemy ci! Mów, czego żądasz, a wszystko damy.
— Dajcie mi spokój! — wrzasnął Cudaczek i zerwał się na równe nogi. Był przerażony. Nikt nigdy nie nazywał go dobrym. Nigdy mu za nic nie podziękowano. On, Cudaczek-Wyśmiewaczek, licho niepoczciwe, żył z tego, że z innych się wyśmiewał.
— Dajcie mi spokój! — krzyknął jeszcze raz i zaczął uciekać przed siebie.
A wtedy stało się coś dziwnego.