Ale jesteś człowiekiem, z którym, jak z żadnym innym, można łatwo ulec złudzeniu co do pierwszego i jedynego punktu obchodzącego kobietę, która poddała się swej namiętności. Jesteś tak miły, tak wylany, odruchy twoje mają zawsze żywość i ciepło uczucia; wkładasz w poufne obcowanie tyle słodyczy, tyle serdeczności, że trzeba przyjrzeć się bardzo uważnie, aby rozróżnić, że to wypływ charakteru, a bynajmniej nie uczucia. A jednak faktem jest, iż w samej pełni pozornego oddania nie byłbyś zdolny uczynić prawdziwego poświęcenia dla kogoś, kto by cię kochał, i choćby to miało kosztować spokój, a nawet życie przywiązanej do ciebie osoby, nie wyrzekłbyś się żadnego z projektów mających za cel ambicję lub fortunę; w tych przełomowych momentach masz przed oczyma wyłącznie swój osobisty interes, dobrze albo źle pojęty.
Przypominam sobie, że w pierwszym okresie znajomości, nie mając nawet faktycznych dowodów, powtarzałam ci nieraz, że uważam cię za niezmiernie egotycznego; dziwiło cię to i łatwo ci było wówczas się usprawiedliwić; dziś inaczej: przygniotłabym cię dowodami i przykładami; aby zaś dać argument bez repliki, powiedziałabym: znałeś prawdę mego uczucia, znałeś gwałtowność mego charakteru; zaledwie powziąłeś zamiar małżeństwa, w którym honor twój i los nie były zbytnio zainteresowane, wiedziałeś, że wykonując ten zamiar, skazujesz mnie albo na to, bym natychmiast odebrała sobie życie, albo też umarła z boleści; otóż zawarłeś to małżeństwo i w dwa dni potem miałeś to okrucieństwo, aby napisać bilecik tak ohydny, że gdyby można opisać całe to zdarzenie, bilecik ten osądzono by jako coś, co nie może być ani prawdziwe, ani prawdopodobne.
Tak, pozwól mi wierzyć, że jesteś albo najbardziej okrutnym albo najbardziej lekkim z ludzi; pozwól mi wierzyć, że szczyt nieszczęścia dla czułej i namiętnej duszy to poddać się swojej skłonności do ciebie. Och, mój Boże, wszystko co wycierpiałam, wszystko co cierpię, czyż nie jest bardzo bolesną ekspiacją za mą słabość i moją zbrodnię? Czyż trzeba będzie, aby i te niewiele dni, które mi zostały do życia, spłynęły w niepokoju, wyrzutach i boleści?
Tak, ugodziłeś mnie w serce; umrę z tego i to śmiercią najokrutniejszą, bo powolną; ale w konwulsjach rozpaczy, która strawia moje życie, w ostatnim tchnieniu, które ją będzie ożywiać, będę powtarzała ciągle: czemu nie pozwoliłeś mi umrzeć dla pana de Mora? Uczyniłabym zadość swej miłości, odpokutowałabym zbrodnię. Chciałeś tedy dać mi poznać nieszczęście większe niż to, które mnie rwało? Jakże ci się dobrze powiodło! Jakże głębokie jest uczucie bólu, które zaszczepiłeś mi w duszy! Są chwile, dni, w których jestem zupełnie gotowa uwierzyć, że poznałam nieszczęście, dopiero odkąd ciebie kocham.
Nieba! jakaż straszna dola! Najbardziej występny czyn mego życia przesłania ją chwilami w zupełności; tak, poczucie mego obłędu gasi niekiedy wspomnienie namiętności, która mnie ożywiała przez osiem lat. Och! nie znasz jeszcze bezmiaru nieszczęścia i miłości! Nie wniknąłeś dostatecznie w duszę, którą wypełniasz. Nie należę już do siebie, wówczas kiedy cię widzę: twoja obecność urzeka wszystkie me cierpienia; kolejno wlewasz mi w żyły lub uśmierzasz gorączkę; kiedy się zjawiasz, zaledwie wiem, czy cierpiałam.
Drogi mój, kiedy cię widzę, nie potrzebuję, abyś mnie kochał; niebo jest w mojej duszy; nie sądzę cię już, zapominam, że jesteś winny, kocham cię. Ale te gwałtowne wstrząśnienia są za silne dla mego ustroju, z chwilą twego odejścia usycham natychmiast; godzina nie minęła mi bez cierpienia; ból duszy przeszedł do ciała. Mam co dzień gorączkę; lekarz mój, który nie jest orłem, powtarza bez ustanku, że strawiona jestem zgryzotą, że puls mój, oddech, oznajmiają gwałtowne cierpienie, i odchodzi zawsze mówiąc: „Nie mamy lekarstwa dla duszy”.
Tak, nie ma go już dla mnie; nie uleczyć też pragnęłabym się, ale uspokoić, ale znaleźć parę chwil spoczynku, nim dopłynę do wyzwolenia, którego natura użyczy mi niebawem. Jedynie ta myśl przynosi mi wytchnienie; nie mam już sił na miłość, dusza moja męczy mnie, dręczy, nic mnie już nie podtrzymuje. Pragnienie i nadzieja zamarły we mnie; im bardziej słabnę, tym bardziej oblega mnie jedna, jedyna myśl. Bez wątpienia, nie kocham cię lepiej, niż kochałam, ale to dlatego, że nie kocham już nic, że cierpienia fizyczne sprowadzają mnie bez przerwy do siebie samej; nie ma już oderwania ani wytchnienia.
Wlokące się noce, bezsenność, uczyniły z mego uczucia jakieś szaleństwo; zmieniły je w jakiś stały punkt. Nie wiem, jakim cudem nie wymknęły mi się po dwadzieścia razy słowa, które by odsłoniły sekret mego życia i serca. Niekiedy w towarzystwie dławią mnie nagle łzy i zmuszona jestem uciec.
Ach, malując ci bezmiar swego obłędu, nie chcę bynajmniej cię wzruszyć, ponieważ sądzę, że nigdy nie przeczytasz tych słów. Zresztą w stanie, w jakim się znajduję, czegóż mogę się od ciebie spodziewać lub obawiać? Wystarczy mi wierzyć w twą szlachetność, aby być zupełnie pewną całego twego postępowania aż do końca. Są położenia, które zmogłyby nawet twardą i nieczułą duszę: całe moje otoczenie wydaje się jakby serdeczniejsze dla mnie: widząc tak niedaleko wieczyste rozłączenie, ludzie zbliżają się. Nie umiałabym się dość nachwalić troskliwości i względów mych przyjaciół; nie dają mi pociechy, ale to pewna, iż wnoszą pewną słodycz w moje życie; kocham ich, chciałabym kochać więcej, a zwłaszcza chciałabym, aby nie mieli o mnie tak dobrego mniemania.
Oni wszyscy myślą, że to śmierć pana de Mora zabija mnie. Mój przyjacielu, gdyby wiedzieli, że to ty, że to twoje małżeństwo zadało mi cios śmiertelny! Och! jakiż wstręt uczuliby do mnie, jakże wydałabym się godna wzgardy! Ha! nie obwinialiby mnie ani głośniej, ani silniej niż własne sumienie! Bądź zdrów; upadam pod tyloma bolesnymi myślami; mimo to, dając upust swej duszy, odczuwam niejaką ulgę.