Daruje mi pan może, gdy się pan dowie, że to pan rodzi we mnie te wady, pan ma wyłączny przywilej w tej mierze. Ze wszystkimi innymi przyjaciółmi jestem najlepszą i najłatwiejszą istotą pod słońcem; mam uczucie, że robią mi wciąż łaskę i uprzedzają mnie we wszystkim. Wciąż jeno dziękuję, wysławiam ich, a na pana się skarżę, ale tylko przed panem. Krytykuję pana, przyganiam panu; czemu ta różnica?

Czy by pan uwierzył, że to dopiero rok, jak się znamy? To się wydaje niemożliwe! Racja, którą pan uzasadnia odmowę Hetmana, nic nie warta: wie pan, że miałam pewnego kopistę; ale przebaczam.

List X

Środa wieczór, 14 lipca 1773

Mój Boże, jaki pan miły i jak mnie zdumiewasz, iż wracasz do mnie z tak daleka. Będąc tak zajęty, tak rozproszony, jakim cudem myślisz jeszcze o kimś, kto nie może mieć w pańskich oczach innej wartości prócz tej, iż wydał się panu zdolny kochać i cierpieć? Na cóż się mogą panu zdać kiedy te smutne zdolności? Nie potrzebuje pan, aby pana kochać, a byłoby panu przykro, gdybym przez pana cierpiała; jakąż wartość może tedy mieć dla pana stosunek, w którym wszystkie korzyści są po mojej stronie? Stawia mi pan pytania, na które niezdolna jestem odpowiedzieć. Ach! trzeba by mieć w sobie spokój, aby odpowiedzieć na pytania, które zadaje obojętność: nieszczęście, ustawna męka wtrąciły mnie w jakąś tępotę, która odejmuje mi zdolność myślenia; zostaje mi ledwie tyle rozsądku, ile trzeba, aby sądzić siebie samą, aby potępić wszystkie swoje popędy, aby się trapić wszystkimi swymi uczuciami. Dusza moja ma ustawną gorączkę, dochodzącą często do maligny. Och! gdyby było prawdą, że z nadmiaru zła rodzi się niekiedy dobro, powinna bym spodziewać się jakiejś ulgi. Nie, nie mogę już nastarczyć różnorodnym wzruszeniom, które szarpią moje serce, a wyrzucam sobie słabość, która każe mi pokazywać panu, co cierpię. Zdaje mi się, że nie mam zamiaru budzić pańskiego współczucia; nie mam żadnych praw do pańskiej tkliwości, a gdybym miała, nie cierpieniem moim chciałabym ją karmić. Nie, nie jest mi pan winien nic, udowodnię to panu; nienawiść, wstręt budzi we mnie i owa fatalność, która kazała mi napisać do pana pierwszy bilecik i która w tej chwili może ciągnie mnie z równą siłą.

Nie chciałam mówić o sobie, chciałam po prostu podziękować, że pan napisał do mnie przed przybyciem do Wiednia; chciałam odpisać panu, a nie pisać do pana. Nie przyjmuję pana pochwał, zdziwi się pan czemu: dlatego, że nie uważam ich za pochwały. Co mi zależy na tym, że pan uważa, że nie jestem głupia. Osobliwe jest, a prawdziwe wszelako, że ze wszystkich ludzi na świecie, wobec pana właśnie najmniej się staram być miłą; niech mi pan wytłumaczy to dziwactwo, niech mi pan wytłumaczy, dlaczego pana sądzę z nieznośną surowością; dlaczego czuję w każdej chwili, że jestem niesprawiedliwa wobec pana; czemu, nie wierząc w pańską przyjaźń, prawuję się o każdy jej wyraz: czemu wreszcie, wówczas gdy mogłabym być z pana rada, czuję do pana jakby żal o to? Tak, rozum mówi mi, że powinnam pana prosić o przebaczenie, myśl moja bowiem obraża pana co chwilę, dusza zaś buntuje się na to samo, że pan mógłby mnie rozgrzeszyć. Ach, nie, nie chcę: sądź mnie pan bardzo surowo, oceń całą mą niesprawiedliwość, niedorzeczność i idź za uczuciem, które musi to w panu budzić. Powiedziałam panu: nie skleimy z tego wszystkiego przyjaźni Montaigne’a i Stefana La Boetie: to byli ludzie spokojni, potrzebowali się tylko poddać słodkim i naturalnym uczuciom, których doznawali, a my, my jesteśmy dwaj chorzy, ale z tą różnicą, że pan jest chory pełen siły i rozumu, że pan postępuje w sposób dający ci się nieustannie cieszyć najwyborniejszym zdrowiem, podczas gdy ja jestem dotknięta śmiertelną chorobą, wszystkie zaś środki kojące, których chciałam użyć, zmieniły się w truciznę i tym dotkliwiej zaostrzyły me cierpienia. Osobliwej natury są te cierpienia, skaziły mój rozum i zbłąkały sąd; nie chciałabym bowiem wyleczyć się, pragnę jedynie śmierci.

Mój Boże, jakże by mnie martwiło podróżować, jakby mnie martwiło połknąć sto tomów w dwa miesiące, jakby mnie martwiło być tyle wartą, co pan, i być przeznaczoną do takich powodzeń i takiej sławy! Gdyby pan wiedział, jak moja dusza jest mała! Widzi w naturze tylko jedną rzecz wartą, aby się nią zaprzątać. Cezar, Wolter, król pruski, wydają się jej niekiedy godnymi podziwu, nigdy zazdrości. Uczyniłabym panu zbyt wiele zaszczytu, gdybym zwierzyła się, jaki los przełożyłabym nad wszystko, co oddycha... Tak, jestem jak Felix:

...wchodzę w czucia iście nie do wiary:

To żałosne, to nagłe niby krwi pożary.

Niskie nawet...