Żegnaj, nadużywam twego czasu, twojej dobroci, ale tak słodką, naturalną rzeczą jest zapominać się przy kimś, kogo się kocha. Rana moja jest tak żywa, dusza tak chora, organizm tak cierpiący, że choćbyś był zdolny jedynie do uczuć litości, pewna jestem, że byłbyś przy mnie, że pragnąłbyś wsączyć w samo serce balsam tkliwości i pociechy. Do jutra, przyjacielu miły, list twój bowiem wzruszy mnie, a będę musiała nań odpowiedzieć.

Czwartek, po nadejściu poczty

I ot! nie miałam listu i mniej mnie to dziwi niż martwi. Tak proste jest, kiedy się ktoś cieszy życiem, iż zapomina o tych, co cierpią! Ani mi na myśl nie przychodzi czynić panu wymówkę za to, co jest jedynie naturalnym wynikiem nastroju twej duszy w miejscu, kędy bawisz.

Ma pan tam kawalera; musiał panu udzielić nowin o mnie. Nie czułam się dobrze w dniu, w którym mnie odwiedził; miałam atak konwulsji podobny temu, w którym mnie pan widział, i przepłakałam część nocy. Dziś prawie nie zmrużyłam oka: nadto cierpiałam. Mam się lepiej, czuję się jedynie osłabiona i przygnębiona; wczoraj doznałam gwałtownego wstrząsu, miałam pewną rozmowę, dowiedziałam się szczegółów, zobaczyłam pismo, wyczytałam słowa, których nie powinna bym była przeżyć. Ha! Krew, życie moje byłyby jeno słabą odpłatą takiego uczucia. Widzi pan, co muszę myśleć o twoim.

Ks. Morellet opowiadał przed kilku dniami, w niewinności duszy, że pan jest bardzo zakochany w hrabinie de Boufflers, że nie opuszczasz jej ani na chwilę, starasz jej się podobać na wszystkie sposoby, etc... Jeżeli to nie jest zupełnie prawdziwe, jest tak prawdopodobne... winnam czuć żal do pana jedynie za to, żeś mi się nie zwierzył. Proszę, w odpłatę za wszystko, tylko o jedno: to jest, abyś mi mówił prawdę. Wierzaj, nie istnieje nic, ale to nic, czego bym nie mogła usłyszeć. Mogę ci się wydawać słaba i to na tyle, iż myślisz, że trzeba mnie oszczędzać: tak nie jest. Nigdy, przeciwnie, nie czułam więcej siły: mam siłę cierpieć i nie lękam się już niczego w świecie, nawet tego, co pan mniema, iż zrobiłoby mi największą przykrość. Do widzenia.

List XXXV

Wtorek, wieczór

Ja nieufna, i to z tobą! Pomyśl tylko, z jaką ufnością wydałam się tobie; nie tylko nie miałam wobec ciebie żadnej nieufności ani ostrożności, ale nie znałabym nawet żalu ani wyrzutów, gdybym nie naraziła swego szczęścia i uczciwości. Mój przyjacielu, nie wiem, czy lepiej kochałam; ale ten, który mógł mnie uczynić niewierną i występną, ten, dla którego żyję, straciwszy przedmiot i cel wszystkich swoich chwil, jest z pewnością człowiekiem, który ma największą władzę nad mą duszą, tym, który mi odjął swobodę, aby żyć dla innego i umrzeć, kiedy mi już nie stało nadziei ani pragnienia. Tak, wstrzymał mnie ten sam czar, który mnie pociągnął ku tobie, ten wszechpotężny czar związany z twą obecnością, który upija duszę, oszałamia ją do tego stopnia, iż zaciera w niej nawet wspomnienie nieszczęść. Drogi mój, ty czynisz więcej niż Bóg: za pomocą trzech słów stwarzasz mi nową duszę, napełniasz ją życiem tak silnym, uczuciem tak tkliwym i głębokim, że tracę wręcz świadomość przeszłości, przyszłości. Tak, drogi mój, żyję cała w tobie; istnieję, ponieważ cię kocham; tak dalece, iż wydaje mi się niemożliwe nie umrzeć, kiedy stracę nadzieją widzenia cię. Szczęście, iż cię widziałam, pragnienie, oczekiwanie ujrzenia cię znowu wspierają mnie i podtrzymują przeciw mej boleści. Och! cóż bym poczęła, gdyby w miejsce nadziei został mi jedynie żal, iż cię nie mogę oglądać! Drogi mój, przy tobie nie mogłam umrzeć; bez ciebie nie mogę ani nie chcę żyć. Ha! gdybyś wiedział, co ja cierpię, jakiego straszliwego rozdarcia doznaje me serce, kiedy jestem zdana samej sobie, kiedy twoja obecność albo twoja myśl przestanie mnie podtrzymywać!

Ha! wówczas to wspomnienie pana de Mora staje się uczuciem tak czynnym, tak przejmującym, iż życie moje i uczucie dla ciebie budzą we mnie grozę. Brzydzę się oszołomieniem i namiętnością, które mnie uczyniły tak występną, które sprawiły, iż wlałam zamęt i niepokój w tę tkliwą i tak całkiem mi oddaną duszę. Drogi mój, pojmujesz, do jakiego stopnia ja cię kocham? Odrywasz mnie od żalów i wyrzutów, które rozdzierają moje serce: ach, wystarczyłyby, aby mnie uwolnić od życia, którego nienawidzę. Ty sam i boleść moja jesteście wszystkim, co mi zostaje w przyrodzie; nie mam już celu, nie mam dóbr, przyjaciół, nie potrzebuję ich: kochać ciebie, widzieć cię lub umrzeć, oto ostatnie, jedyne pragnienie mej duszy. Twoja dusza nie odwzajemnia mi, wiem o tym i nie skarżę się. Przez jakieś dziwactwo, które czuję, ale którego nie umiałabym wytłumaczyć, daleka jestem od pragnienia, aby znaleźć w tobie wszystko, co straciłam; to byłoby nadto. Która istota czuła kiedy lepiej ode mnie całą wartość życia? Czyż to nie dość, iż się ukochało i błogosławiło naturę jeden raz? Ileż tysięcy ludzi przeszło przez ziemię, nie złożywszy jej dzięków ni razu! Jakże ja byłam kochana! Dusza z płomienia, pełna energii, która wszystko osądziła i zgłębiła i która, otrzeźwiona i zmierżona wszystkim, poddała się potrzebie i rozkoszy kochania; oto, drogi mój, jak byłam kochana. Wiele lat upłynęło wypełnionych urokiem i męką, nieodłącznymi od silnej i głębokiej namiętności, kiedy ty przyszedłeś wsączyć truciznę w me serce, przeorać duszę zamętem i wyrzutem. Boże, ileż ja przez ciebie wycierpiałam! Wydarłeś mnie memu uczuciu, a widziałam, że nie jesteś moim. Rozumiesz całą okropność tego? W jaki sposób można żyć wśród tylu cierpień? W jaki sposób znajduję jeszcze słodycz w tym, by mówić: miły mój, kocham ciebie i to z taką prawdą i uczuciem, iż niepodobna, aby słysząc to, dusza twoja pozostała zimną! Do widzenia.

Środa, po poczcie